Pierwsze wrażenia

Podróż miałem w miarę ok chociaż taki długi lot nie należy do przyjemności – standardowo nie spałem a filmy w repertuarze praktycznie wszystkie widziałem. Odprawa w chinach bez problemu, kilka minut i po sprawie (a nastawiałem się na walkę w kolejce i kłopoty na bramce). Panowie porządkowi pokazują nawet gdzie masz stanąć aby szybko do okienka trafić.

Jazda Maglevem (pociąg z lotniska do centrum) aż takiego wrażenia nie robi bo nie czuć prędkości, ale jakby nie było suniesz 430km/h. Na około wszystko zalane wodą – klimaty trawiaste jak na trasie do Kościerzyny – zapewne byłem zbyt zmęczony by reagować na otoczenie. Zawitaliśmy do mieszkania i od razu poszedłem spać. Potem miasto…

Do tej pory Asia nie wychodziła wieczorami, więc dla niej to też był debiut kiedy zawitaliśmy w klimaty typowo chińskie (bez europejskich knajpek). Uderzyliśmy w lokalne bary z tanim piwem i podejrzanym żarciem. Nie uwierzysz ile te małe chińczyki wpierniczają po 22giej. Dwie Chinki obok nas wciągały taką kolację, że trzech wprawionych Słowian miałoby o czym opowiadać. Na telewizorze przy suficie spał kot (może to była specjalność lokalu) a pani kelnerka ni w ząb nie kumała co mówimy. Zanim dostaliśmy popielniczkę na śmieci, o która prosiliśmy po kolei przynosiła nam szklanki, zestaw zafoliowanych miseczek i menu tylko w języku chińskim. Koniec końców trzeba było pokazać na przedmiot aby załapała. Zbliżała się północ a małe chińczyki coraz bardziej pijane. W pewnym momencie dwóch ledwo stojących na nogach młodych żółtków znosiło nie-stojącą laskę z piętra… podobna sytuacja jak wracaliśmy taksówką – jeden lepszy od drugiego, ale dzielnie wspierali się w powrocie do domu. Mimo wszystko w odróżnieniu od polskich klimatów wyglądało to uroczo.

Za to jeszcze kilka godzin wcześniej chodziliśmy po naszej dzielni, która mocno różni się klimatem. Co tu dużo mówić – Asia nie mogła wybrać lepiej, mieszkamy w centrum miasta! Kilka minut od nas stoi The Ritz a dalej centra handlowe z brandami, które przepychem przebijają Los Angeles. Zderzenie z inna kulturą jest spore – mix wszystkiego co do tej pory widziałem – hardkorowy brak przepisów drogowych – rowerzyści i skuterzyści nie używają świateł nawet w nocy, niektóre auta też. Mówisz niby luz ale w połączeniu z brakiem tolerancji dla czerwonego światła robi się groźniej – nigdy nie wiesz co może Ciebie spotkać na przejściu dla pieszych. Do tego natłok ludzi w zależności od godziny i przepychanki w metrze…. długo by opowiadać.

Ogólnie z mojej strony odbiór jak najbardziej pozytywny – inność bardzo mi się podoba. Teraz kończę dopijając wino.

Napisane przez:

Zostaw komentarz