Chińska przygoda

A więc byłem dzisiaj na długim spacerze. Wiem, tak się nie zaczyna wiadomości, ale tak mi się podoba, trochę jak wprowadzenie w filmach Scorsese’ego.

Zapomniałem karty na metro, więc wybrałem się pieszo wzdłuż głównej drogi i naszej linii metra (zielona, numer 2). Pogoda sprzyjała, 16-18 stopni optymalnie pasowała do mojego stroju i nastawienia (temat stroju jest ważny i przytoczę go później). Z obiektywem na ramieniu szybkim krokiem ruszyłem w stronę The Bund w poszukiwaniu chińskiej przygody. Budynek, tłum, ulica – zdjęcie. I tak przez kilka przecznic. W sumie fotki bez rewelacji, ale trasa całkiem wartościowa. Znowu trafiłem do „kościerzyńskiego” baru gdzie pani nie komunikuje po europejsku, ale zamówienie piwa moglibyśmy przerabiać już z zamkniętymi oczami.

Na People’s Square poczułem prawdziwą metropolię! Wysokie budynki, niesamowita panorama a wewnątrz mały w miarę sympatyczny „park”. Tu przysiadłem, tu poczytałem i chwilę odpocząłem. Właśnie wtedy, gdzieś w tych okolicach z nowymi siłami wpadłem we wspomnianą wcześniej chińską przygodę! Trójka turystów poprosiła mnie o zrobienie zdjęcia gdyż wyglądałem podobno bardzo profesjonalnie z pseudo-lunetą na ramieniu. Zazwyczaj cyknięcie fotki kończy się podziękowaniem, tutaj natomiast czeka Cię mały czit-czat. Robisz wprowadzenie skąd jesteś i jak się tu znalazłeś, ile szczegółów zdradzisz tak długo zadają pytania. Dowiedziałem się też, że wyglądam na profesjonalnego fotografa, o wiele młodszego niż faktycznie jestem – dawali mi 25 lat. Rozmowa była miła i tak napompowany ruszyłem dalej. Parędziesiąt metrów dalej zaczynał się „monciak” … i na to nikt mnie nie przygotował. Czytałem, że Chińczycy zaczepiają aby ćwiczyć angielski, ale chyba ćwiczą nie tylko to. Mówiąc Chińczycy miałem na myśli Chinki. Pierwsze dwie miłe dziewczyny odpuściły jak powiedziałem, że idę na spotkanie z żoną. Potem proponowano mi też kawę, drinka i masaż. Między czasie dowiedziałem się jak świetnie wyglądam, że jestem „cool” i jakie mam piękne niebieskie oczy haha. Finał to studentka, która faktycznie ćwiczyła język a ja już nie miałem siły odganiać się od skośnych i szukałem miejsca na spoczynek.

Wracając użyłem mniej uczęszczanych uliczek. Odebrałem żonę z pracy i wróciliśmy razem do domu. Dzień skończył się późno ale za to satysfakcjonującym sushi z Asią.

Napisane przez:

Zostaw komentarz