Ja, obywatel Chin…

…a właściwie tymczasowy rezydent. Dzisiaj miasto płakało kiedy ruszyłem na badania potrzebne do tymczasowego pobytu na terenie Chin. Ciepło ale deszczowo i mgliście. Na miejsce dotarłem mokry. Connie, dziewczyna od Asi z pracy wypisała na kartce punkt po punkcie co mam zrobić aby trafić na badania co też uczyniłem. Z początku na twardziela próbowałem się dogadać wedle wcześniej przećwiczonej rutyny jednak zawsze musi paść to jedno pytanie, które nie pasuje mi w założonej kolejności (uśmiech, gest ręką, jazda!), więc kartka się przydała. Głównie chińskie adresy dla taksówkarzy.

Szpital znajdował się na obrzeżach miasta, udałem się zatem w tym kierunku ulubioną zieloną linia metra nr 2 a potem poszukałem taksówki. Gdzieś w tych rejonach jest zoo i panda, egzotyczna atrakcja dla europejczyka. Tu dopiero odczułem różnicę w poziomie życia jaki reprezentuje całe miasto. Jakby cały blichtr płowiał z każdym kilometrem oddalającym od centrum. Szarobrązowe blokowiska, ciasno zakratowane balkony, niebo poszyte kablami. Za to KFC jest wszędzie!

Jestem na miejscu, jest czas, mam 20 min zapasu. Wrażenia estetyczne jak najbardziej na plus choć i tak czuje się jak krowa w McDonaldzie. Sporo ludzi, ale pani instruuje mnie abym usiadł i poczekał aż inna pani mnie przywoła. Tak też się stało, przywołała mnie… i wszystkich innych oczekujących… po chińsku. Zanim się zorientowałem byłem już na końcu trzydziestoosobowej kolejki. Opanowany myślę sobie „nie jest źle, przecież to normalka w Polsce”. Potem poszło już z górki, kilka telefonów do Asi, przesyłanie faksów, adresów, numerów telefonów. Zapłacone – czas na badania.

Jest 15:00. Wedle wskazówek nic nie jadłem od dnia poprzedniego a głodny polak to zły polak. Kazali przebrać się w samurajskie ponczo, zrobiłem. Kazali biegać od pokoju do pokoju jak w „Dwunastu pracach Asterixa”, zrobiłem. I tu zaskoczenie. Pełna profeska! Odwiedziłem 7 rożnych pokoi. Zrobiono mi EKG, USG, pobrali krew, zmierzyli ciśnienie, zbadali wzrok, prześwietlili klatkę piersiową, opukali (niekomfortowo zrobiło się kiedy padło hasło „proszę poluzować spodnie”)  i to wszystko w ciągu nie całych 30 minut. Za każdym razem pani porządkowa kierowała mnie do odpowiednich drzwi i mówiła kiedy mam wejść. Brawo, wyszedłem szczęśliwy a w głowie tylko jedna myśl: „KFC, KFC, KFC”. Tam już nie było tak wesoło. Opisywać nie będę, koniec końców nie zjadłem, wyszedłem. Jak już wspomniałem, głodny polak to zły polak.

Napisane przez:

Jeden komentarz do “Ja, obywatel Chin…”

  1. Marzec 13, 2009 o godz. 2:55 am, bartek pisze:

    no i brawo! tekst zwarty, trzyma w napieciu, a na koniec, zamiast happy endu mamy dramat: Europejczyka w ChRL, ktory nie moze doprosic sie o amerykanskie zarcie…;)

Zostaw komentarz