Troszkę o kulinariach

sha-zaby

Ostatnio obiecywałem skrobnąć kilka zdań na temat miejskich zwyczajów kulinarnych i wydaje mi się, że zebrałem wystarczająco dużo obserwacji aby ogarnąć temat od A do… hmm powiedzmy do M. Dlaczego nie do Z? Cóż, o „zet” opowiem jak prezydent Szanghaju zaprosi nas na kolację ;).

Mocno zapracowani mieszkańcy Sha często jadają na mieście przez co przemysł barowo-restauracyjny kwitnie jak niezaproszony mlecz na łące. Kultura stołowania się poza domem jest tak dalece rozwinięta, iż można rzec, że domowe kuchnie są tylko dodatkiem do wyposażenia mieszkania i trudno się temu dziwić! Koszt obiadu na mieście często równa się cenie wszystkich produktów, które kupiłbyś w sklepie. Oczywiście wszystko zależy jak chcesz się pożywić i jaką masz zasobność portfela, jednak korzystając z usług typowych chińskich jadłodajni nie opłaca się tracić czasu w domu na przygotowywanie potraw. Czas jest tutaj ważnym elementem życia, zwłaszcza kiedy tego prywatnego jest bardzo mało.

Jak wszędzie, serwis kulinarny można podzielić na kilka kategorii. Pierwszą z nich byłaby „jestem głodny, muszę szybko zjeść, najlepiej za półdarmo”. Z tej opcji nie każdy korzysta ze względu na „okoliczności przyrody” towarzyszące takim lokalom (urzędnicy SANEPIDu musieliby być tutaj szkoleni z podstaw psychologii i znać elementarne techniki motywacyjne – głównie skierowane do siebie). Takich budek a właściwie „plomb” w budynkach jest cała masa. Zapach nie zawsze zachęca, jednak kto nie jadł śmierdzącego sera francuskiego ;). Jest taki bar obok, którego przechodzę codziennie. Wyrobiłem w sobie podświadomą zdolność wstrzymywania oddechu w odległości 10 metrów od tego punktu.
Drugą kategorię nazwałbym „nie wiem co to znaczy, ale chciałbym spróbować”. Te miejsca charakteryzują się pro-chińskim podejściem do klienta, ale jak się uprzesz to możesz trafić na smaczny, czasem dwudaniowy posiłek za 10RMB (aby wyszła złotówka dzielimy wartość na pół).
Trzecia to „obrazki są, więc wiem co zjem”. Tutaj biała twarz (lub długonosy) spokojnie może dobrać zestaw, który mu odpowiada, ale uwaga na kości! Może na razie jest to dla Ciebie niepojęte, ale większość dań mięsnych jest podawana właśnie w całej okazałości. Oferta w tego typu lokalach oscyluje w przedziale 15-20RMB.
Czwartą określam jako „zjedzmy coś fajnego na mieście”. To moja ulubiona kategoria, głównie dlatego, że jeśli zdecyduje się na żmiję z grzybami to wiem, że osobiście taką pozycję z menu wybrałem. A wybór jest spory, trzeba tylko poszukać odpowiedniego miejsca. Jeśli chodzi o koszta wszystko zależy od lokalizacji i specjalizacji lokalu. 30-60RMB.
Aby nie zanudzać, kategorię „trochę drożej” i już wspomnianą „zet” zamknę w jedną klamrę, chociaż ta ostatnia nie ma raczej górnej granicy cenowej. Tak naprawdę różnią się one już tylko serwisem, sposobem podania, lokalizacją, towarzystwem i całą otoczką, która sprawia, że czujesz się jak król świata. Rzecz normalna, jak wszędzie.

Zjeść można dosłownie wszędzie, nie ma uliczki, na której brakowałoby baru czy restauracji. Uwierz mi, nie przesadzam, jadłodajnie są wszędzie! Co ciekawe te lepsze, począwszy od czwartej kategorii, mają swoich fanów, ktorzy potrafią czekać w 50-cio osobowej kolejce przed ulubionym lokalem. W tym czasie siedzą na wyznaczonych miejscach i otrzymują zieloną herbatę dla odprężenia.
Na taki widok trafiłem w centrum Cloud 9, gdzie trzy najwyższe piętra opanowane są przez różnej maści lokale restauracyjne a wybór kuchni jest wyśmienity: tajska, kantońska, chińska, japońska, wietnamska, etc.

Wesołym dodatkiem do tematu kulinarnego jest wąska specjalizacja ludzi pracujących w tej branży. Bywa tak, że lokal okupuje 20-stu obsługujących salę. Pani przed wejściem zapraszająca do środka, pani otwierająca drzwi i wskazująca stolik, pani od zamówień i rachunków a także pani od dostarczenia posiłku. Jako, że nie jesteś jedyną osobą w restauracji, liczba zatrudnionych musi być zwielokrotniona. Taki podział zadań podobno efektywniej wpływa na jakość obsługi.

Dla długonosa mocno związanego z rodzimym sposobem odżywiania ciężko będzie się przyzwyczaić do kilku drobnych szczegółów żywieniowych. Chińczycy jedzą zupełnie inaczej przez co nie znajdziesz tutaj pieczywa i ogórków konserwowych w pobliskim sklepiku. Takich delikatesów możesz spróbować jedynie w Carrefourze na dziale „Kuchnie Świata”, pięciokrotnie przepłacając ich wartość. Bagietka (13RMB), masło (20RMB), ser (30RMB) czy mleko (9RMB) z chińskiego punktu widzenia są tak charakterystyczne dla europejczyka, że nawet w kolejce do kasy pytano mnie czy jestem francuzem :).

Zamykając temat kulinarny powtórzę: tutaj jada się inaczej i każdy o tym wie. Głowa krowy w zupie czy malutkie ptaszki smażone w całości, żaby i żmije czekające na swojego gospodarza, zupa z czegoś pita słomką, średnio ścięte białko podane jako zupa to dopiero początek tego co i jak Chińczyk jest w stanie upichcić. I choć różnice smakowe są wyraźne, warto spróbować bo na tym cała zabawa polega…

…o ile jesteś świadom tego co jesz. Smacznego!

Napisane przez:

komentarze 3 do “Troszkę o kulinariach”

  1. Kwiecień 3, 2009 o godz. 5:24 pm, Jarr pisze:

    A czy dla kulinarnego francuskiego pieska znajdzie się coś w tym zestawie??

  2. Kwiecień 3, 2009 o godz. 5:44 pm, Kriss pisze:

    A smażone ptaszki, przecież to drób? W takim razie zostaje obowiązkowa miska ryżu i zielona herbata z siódmego parzenia ;)

  3. Kwiecień 5, 2009 o godz. 8:29 pm, B pisze:

    Mnie przekonuja te zaby i zmije, o ile bede poddane pewnej obrobce termicznej:)

Zostaw komentarz