Jungle, racice i melatonina

sha-djka

Pierwszy maja w Szanghaju zupełnie nie przypomina wizji, która jako pierwsza rysuję się w kompozycji haseł „dzień pracy” i „chińska republika ludowa”. Zapewne chciałbyś usłyszeć o paradach robotników a może nawet czołgach z chorągiewkami i uśmiechniętych dzieciach obsypujących ulice płatkami kwiatów. Otóż nie! Opustoszałe ulice, wolne miejsca w lokalach, mniejszy tłok w metrze, krótsze kolejki to kwintesencja długiego weekendu. Większość mieszkańców celebruje ten dzień na wyjeździe a gdzie, to nie ma większego znaczenia dla tych co pozostają na posterunku. My lokalni bohaterowie w tym samym czasie wypełniamy lukę po brakującej części wypoczywającej populacji.

Przyjazd magistra Jakuba Norka i jego czarnej torby z vinylami nakreślił nowy plan w temacie wieczornej rozrywki. Melatonina na zmianę stref czasowych zrobiła swoje a jet lag okazał się pojęciem obcym dla świeżego podróżnika. Gość, okrzyknięty mianem DJ Kuba, jak przystało na człowieka pracy w tak w istotnym dniu zakasał rękawy i od razu wziął się za robotę. Na cel obraliśmy klub The Shelter, który idealnie pasował do nastroju wieczoru. Betonowy tunel, parkiet w piwnicy i łukowate loże robiły dobre wrażenie. Półtorej godzinny jungle set rozruszał towarzystwo pomimo swej świeżości dla lokalnej masy klubowej. Chińczycy znani bardziej z zamiłowania do wcześniej zasłyszanych dźwięków sprawdzili się i noc zamknęliśmy sukcesem z makaronem przygotowywanym od ręki.

Dzień drugi przyniósł ze sobą nową propozycję z lokalu typowo rockowego a nawet rzekłbym „metalowego” jednak tym razem dokonaliśmy rekonesansu przed kolejnym niedzielnym setem. Lokalizacja klubu położonego w dość odległej części miasta już od momentu opuszczenia taksówki pachniała przygodą i przygodą się stała kiedy powtórzyliśmy wycieczkę tuż przed premierą DJ’a Kuby.
Brak zapewnionego sprzętu sygnalizował kiepski start, ale gdy tylko ta sprawa została załatwiona, los podrzucił pomysł na szybki obiad w okolicy. Z każdym krokiem w głąb dzielnicy robiło się bardziej ekscentrycznie i kiedy zabrakło opcji, trafiła się półtorej metrowa w swej szerokości „restauracja” z czerwonym menu bez obrazków. Profesjonalny turysta i jego gość w takiej sytuacji nie wycofuje się a wyzwanie przeobraża w swój sukces. Tym sposobem wybór dwóch pozycji z czerwonej kartki, na której równie dobrze mogła widnieć instrukcja obsługi betoniarki poszedł gładko i sama gospodyni nie wyczuła wątpliwości w naszym zachowaniu. Z początku potrawy sprawiały wrażenie bezpiecznych jednak kiedy na chochli pojawiły się gotowane racice, uśmiechy nabrały kwaśnego wyrazu a po polikach popłynęły łzy szczęścia. Nawet jeśli bariera smaku została by przełamana, proponuję abyś wyobraził sobie próbę konsumpcji takiego kopyta pałeczkami. Gospodarz niepocieszony kierunkiem wydarzeń uznał, iż danie tak wykwintne nie odpowiada naszym gustom i ratując sytuację zabrał „nogi”  zjawiając się z nowym rozwiązaniem… w postaci podsmażonych racic o bardziej brązowym zabarwieniu! Tu koszmar kulinarny przerodził się w komedię bez happy endu. Koniec końców ulotniliśmy się opróżniając talerze z wszystkiego co było jadalne gdy tylko wybiła godzina powrotu do klubu.

Live Bar to lokal o wyrafinowanym wystroju garażowym i szerokiej gamie zapachów w toalecie. Idealne miejsce na ucieczkę od plastikowego szaleństwa w centrum miasta. Z początku sytuacja nabrała nerwowego akcentu kiedy sprzęt nie naginał się pod komendami DJ’a z Sopotu, jednak jak się potem okazało, całą winę można było zrzucić na chińskie, wadliwe okablowanie. Od tego momentu szło już gładko. Pojawił się darmowy „prąd” i muzyka wylała się na salę. Dla skośnej świty pod wezwaniem gitarowej struny była to za duża zmiana i szybko opuścili lokal. Za to angielska cześć publiczności, która przyszła specjalnie na występ DJ’a Kuby dopisała a kulminacją spotkania były autografy, które również trafiły na ścianę lokalu. Jak się potem dowiedzieliśmy DJ Kuba (Jungle Jesuss) z No Duck Crew był pierwszym DJ’em w historii klubu Live Bar!

Po mocnych kilku dniach weekendowych rozpoczynających się wieczorem a kończących gdy Szanghaj wstawał na nogi przyszła pora na odpoczynek i przyjęcie postawy typowo turystycznej. Niestety lekkie zamieszanie w temacie świńskiej grypy i zbyt dosłowne zastosowanie się do wskazówek rządowych doprowadził do sytuacji, gdzie chyba jako jedyni biali okryliśmy się maskami bezpieczeństwa. Nigdy nie pomyślał bym, że „Epidemia” czyha tuż za rogiem :)

Napisane przez:

komentarze 4 do “Jungle, racice i melatonina”

  1. Maj 9, 2009 o godz. 9:30 pm, B pisze:

    spodobala mi sie ta historia, no i sposob jej snucia:), nie widzialem na zdjeciach Twojego autografu, czy to skromnosc, czy niedopatrzenie;)?

  2. Maj 9, 2009 o godz. 10:21 pm, Kriss pisze:

    Manager zawsze stoi za kotarą, nie rozdaje autografów tylko wizytówki ;)

  3. Czerwiec 15, 2009 o godz. 4:20 am, szybkie odchudzanie pisze:

    Interesujaca strona, napewno bede teraz wpadal tu czesciej, pozdrawiam

  4. Sierpień 26, 2009 o godz. 12:47 am, YLK pisze:

    Hm, chcialem pojsc do Live bar i pokibicowac rodakowi, wesprzec go, ale za daleko od moich katow, wiec dalem sobie spokoj. Szkoda troche, bo naszych artystow za duzo tu nie ma niestety.
    Kiedy nastepny pobyt w Szanghaju – dajcie znac, bo troche teskno za ojczyzna…

Zostaw komentarz