Jak mnie trafił szlak, czyli Jungle Jezuss na podróżnym szlaku.

UWAGA!

Poniższy wpis wykonany został na wyraźną prośbę p.K, który chciał wzbogacić swój blog o punkt widzenia odwiedzających go/ich osób. Mam nadzieję, że Was nie zanudzę, a jeśli tak to trudno, przeżyję. Jakby nie było jestem numero uno, yeee!

Wyjazd do Azji był dla mnie czymś bardzo nierealnym. Nierealnym, aż do dnia gdy dość spontanicznie zarezerwowałem bilet lotniczy, z terminem wylotu za 10 dni…do Shangahaju. Punkt docelowy: 30 piętro apartamentu państwa Krakowskich.

Tak mnie trafił szlak, hehehhe. Dosłownie i w przenośni.

Podróż liniami Air China okazała się bardzo przyjemna. Wątpiący powiadam Wam: „Nie lękajcie się Air Chiiiiiiinaaa!!” – to nie boli…nawet za pierwszym razem. Jest elegancko, tanio i po chińsku od samego startu. 7 tabletek cudownej melatoniny, dużo wody, dwie przebudzki na posiłki i jestem na miejscu. Jetlag jest mi obcy – chwalmy mifeng!

Pierwsze lotniskowe wrażenia:
– duszący zapach lakieru do podłogi
– wszechobecny Jackie Chan uczący, reklamujący, uśmiechający się…super fajny
– wielka chińska flaga
– przegryzający okular Wielki Leo (robocza nazwa Krzysztofa K.) nonszalancko opierający się o słup w poczekalni przylotów

Trzy tygodnie mojego pobytu owocowały przygodami, właściwe każdego dnia. Kulinaria, imprezy, klasyczna turystyka, cudowne parki i ogrody, mniej lub bardziej fajne świątynie, Dexter (serial TV), Kafka (chiński mix ginu z wyborową, chińską wódką zwany), otwarci i ciekawi ludzie, super fajne metro, piktogramy, komplikacje bankowe, hard core uliczny, piękne kobiety, sushi, kimchi, ogóreczki, pierożki, Aijsen (zupowy lokal kulinarny), Nuddle Mama (uliczny lokal mobilny), dupowaci chłopcy, latawce, high tech, straszna bieda, mega bogactwo, syf kontra super czystość to mój jednozdaniowy Shanghaj.

Patrząc poprzez okular, z niemałym minusowym szkłem widzę, że:

a) Shnaghaj to nie Chiny. Z tego co zauważyłem Shanghajczycy mają głęboko gdzieś to, co się dzieje w Chinach jak i reszcie świata. Dla nich istnieje głównie ich miasto, ewentualnie Hong Kong, Japonia, dalej Europa, dużo dalej Ameryka itd. Shanghajczycy chcą być szczęśliwi, zdrowi i w większości (czego jako murzyn nie mogę zrozumieć), biali.

b) Shanghaj jest szybki i wolny zarazem. Wszechogarniający wzrost wszystkiego: biznesu, handlu, ruchu ulicznego, metra, architektury graniczy z przecudownymi idyllami spokoju, jakimi są ogrody czy parki, ale także dzielnicami biedoty, jakiej u nas trudno szukać. Drapacze chmur kontra latawce puszczane w parku. Wielka kilkupoziomowa droga szybkiego ruchu kontra staruszkowie pieszczotliwie „wysysający” energię z drzew. Tai Chi kontra High tech. Jin jang kontra Naj – Ki.

c) Nasz Shanghaj to nie Shanghaj. Stereotypy. Ach te stereotypy…najgorsze. Pozwolę sobie obalić kilka z nich:
– Chińczycy wcale nie są tacy mali. Oczywiście nie są to drapacze chmur, ale mali nie są.
– Chinki są piękne. Wcale nie są to małe laski z krzywymi nóżkami. Wręcz przeciwnie.
– Smog, jakieś żarty. Jakże bym chciał abyśmy mieli takie powietrze w Polsce.
– Jest niebezpiecznie!! Nie prawda. W żadnym z europejskich krajów nie czułem się tak bezpiecznie jak tam.
– Konsumpcjonizm wcale nie dominuje i nie jest widoczny na każdym kroku. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że w naszym kraju jest go duuużo więcej.
– Non stop wszechogarniający ścisk w miejscach publicznych to bujda. Nie jest aż tak źle, choć mega luzu nie ma.
– Nie ma psów i kotów. Wszystkie zostały zjedzone. Z tym do końca nie jest tak jak myślimy, choć podejście do zwierzęcia domowego jest zdecydowanie różne od naszego.

d) Shnagahaj jest przesmaczny. To idealne miejsce dla wszystkich miłośników kulinariów i łasuchów. Wspaniałe kolorowe, różnorodne i super tanie jedzenie dostępne o każdej porze dnia i nocy po prostu miażdży. Najwyższa kulinarna jakość dostępna jest zarówno na ulicy na styropianowym talerzyku jak i w wykwintnej restauracji w centrum miasta. Jedzenie w Shanghaju = orgazm w ustach (jeśli uśmiechałeś/aś się lub zgorszyłeś/aś jesteś zboczkiem, jak ja).

e) Shanghaj to odchodzące stare i nadchodzące nowe. Na każdym kroku widać kontrasty, różnice między starym, a nowym Shanghajczykiem. Stary kontempluje, puszcza latawce, macha dziwnym jo-jo, zastanawia się, obserwuje,  trenuje tai-chi. Młody chce być białym hip-hopwcem z idealnie dopracowaną fryzurą i super elektronicznym gadgetem w ręku.  Stary patrzy do tyłu, młody chyba zdecydowanie do przodu.

f) Shanghaj się z nas śmieje (bo mam nadzieję, że nie tylko ze mnie). My, jako długonosi jesteśmy w centrum zainteresowania i dostarczamy wielu „bek” przygodnie napotkanym chińczykom. Do końca tego nie rozumiem, bo cóż śmiesznego jest w tym, że ktoś ma bródkę, zarost na twarzy, duże stopy czy dmucha nos w chusteczkę. My przynajmniej nie charchamy na ulicach, hehehe.

g) Shanghaj wciąga. Wciąga i czaruje. Intryguje, uczy, bawi, odpręża, uspokaja, ładuje pozytywną energią.

Mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę.
Wyjazdowe fotki znajdziesz TU.

P.S

Wieeeeeeelkie podziękowania dla państwa K. za wyrozumiałość i przygarnięcie mnie do siebie do domu, na te trzy tygodnie.
Asiu jesteś super fajna, ale nie przejmuj się tak tą pracą. Uwierz mi, nie warto.
Krzysiek jesteś WIELKI, hehehhehehehehe.
Jesteście w porządku!

Lechia Gdańsk!
NoDuckCREW.
Shanghaj is fun, jungle is massive!

Napisane przez:

komentarzy 5 do “Jak mnie trafił szlak, czyli Jungle Jezuss na podróżnym szlaku.”

  1. Maj 30, 2009 o godz. 3:22 am, Kriss pisze:

    Hehe, nie ma za co, faktura idzie pocztą ;)

  2. Czerwiec 1, 2009 o godz. 3:16 pm, Jarr pisze:

    Zabrałeś mi rodzinę na 3 tygodnie, teraz chociaż artykułem zwracasz ich światu i szwagrowi ;)

  3. Czerwiec 1, 2009 o godz. 10:46 pm, jungle jezuss pisze:

    zwracam, bo jestem generalnie w porządku, hhehe

  4. Czerwiec 2, 2009 o godz. 4:56 pm, Ewa pisze:

    Pozytywny Art-uł, ale w wysokich skośnych to aż mi się wierzyć nie chce..

  5. Październik 9, 2009 o godz. 3:55 am, jungle hessus pisze:

    może to mało taktowe albo bardzo milo mi się po raz kolejny czytało ten artykuł hehehe

Zostaw komentarz