Suzhou – Chińska Wenecja

shablogpl-suzhou

Ciężkie czasy nastały dla profesjonalnego turysty. Kryzys, droga waluta, jeszcze droższe paliwo, jednym słowem bieda! A na mifan musi być. Nie pozostało nic innego jak iść do pracy. Dopadło mnie, ubrałem czarnego buta, poprawiłem za długi włos na głowie i grzecznie pojechałem rozpędzać gospodarkę Chin.

Nie myśl jednak, że o Tobie zapomniałem, wszak na samej pracy turysta długo nie pociągnie. I choć czasu mniej a treść uboższa, wieści niesę póki siły starcza.

Na chwilę przed godziną zero, feralnym dniem, koszmarem turysty czy też potocznie zwanym „pierwszym dniem pracy”, wybraliśmy się do miasta zwanego Suzhou (Sudżoł), okrzykniętego tutaj Chińską Wenecją. Wyjazd spontaniczny acz planowany od dawna, idealnie wypełnił nam grafik długiego majowego weekendu „Dragon Boat”. W pracy wytłumaczono mi historię tego święta, ale tutaj wydaję mi się to zbyteczne. To tak jakbym Chińczykom opowiadał o Szewczyku Dratewce.
Godzinna podróż klasą business za jedyne 31RMB w bajecznie wygodnych fotelach niczym nie przypominała jazdy z PKP (a szkoda), wniosła aromat bezpieczeństwa i przygody bez niespodzianek.

Mapa z chińskimi krzakami, wytargowana na ulicy musiała wystarczyć i wystarczyła. Czasem warto się pogubić aby zwiedzić to czego na szlaku nie zobaczysz.
Miasto skupia wszystkie atrakcje w obszernym kwadracie zamkniętym siecią kanałów i świątyniami na każdym rogu. Aby zobaczyć większość z dobrodziejstw tego miejsca poruszaliśmy się taksówkami (8RMB) i rikszami (20RMB). To drugie zapewne można było targować, jednak panowie wkładają serce (i nogi) w swoją pracę, więc postanowiliśmy odpuścić. Z drugiej strony, kiedy wiezie Cię półślepy drajwer i pyta o wskazówki innych rowerzystów to masz ochotę przeżyć a nie zrobić interes życia.

Jak wspomniałem na początku treść będzie uboższa bo przecież nie chodzi o to aby każdą budowlę z osobna opisywać. Mogę jedynie dodać, iż wycieczka była udana. Miasto robi największe wrażenie w półmroku, kiedy wytrwałych turystów pozostaje już tylko garstka i powoli zaczynają dochodzić do Ciebie odgłosy natury. Poniżej umieszczam zdjęcia z wycieczki i tym samym życzę miłego oglądania.

Na koniec jako ciekawostkę dodam newsa z pracy:
Dziś po raz pierwszy poszedłem na lancz z chińską częścią mojej ekipy do lokalnej „restauracji”. Kuchnia prawie domowa, klimat też: 3 stoły, brak menu (nie mówię o tym, że brakuje obrazków czy angielskich opisów – po prostu brak menu!).
Po skończonym posiłku, blat wyglądał jakby każdy zwrócił to co zjadł. Jeśli jeszcze nie jesteś wtajemniczony to Chińczyk wypluwa kości, pestki, ogonki i wszystko co jest niejadalne przed siebie. Nie zmienisz tego, więc się przyzwyczaj.
Całe wrażenie zrekompensował posiłek bo za 10RMB spróbowałem: wołowinę, wieprzowinę, wędzonego kurczaka, rybę, świński żołądek z fasolką, zupę z tofu, kaczkę, bambusa w occie, zupę rybną, zupę z pół ściętego jajka, kabaka no i mifan (ryż). Wszystko było wyśmienite a o żołądku powiedzieli mi dopiero jak opuściliśmy lokal :) Smaczneeeee!

Napisane przez:

komentarze 4 do “Suzhou – Chińska Wenecja”

  1. Czerwiec 4, 2009 o godz. 6:42 pm, Jarr pisze:

    Żołądek świński, czyli flaczki wieprzowe, mniamuśne, pyszniuśne ;)

  2. Czerwiec 4, 2009 o godz. 7:23 pm, Kriss pisze:

    No właśnie tak myślałem, że to mogą być flaki. Tylko bez zupy i z jakąś trawą.

  3. Czerwiec 5, 2009 o godz. 3:39 am, B. pisze:

    Czy funkcjonuje tam cos takiego jak „wkupne(pochlaj)” w nowej robocie? Co to znaczy, ze poszedles z chinska czescia? Czy to oznacza, ze w Twojej firmie jest podzial na Dlugonosych i Chinczykow? Idac dalej tym tokiem rozumowania, mozna domyslac sie, ze siebie zaliczasz do kregu tambylcow;)
    I dzieki za fotki, wlasnie sie zastanawialismy jakie ciuchy zabrac:)

  4. Czerwiec 5, 2009 o godz. 9:19 am, Kriss pisze:

    Ja jestem gdzieś po środku :-) Długonosi nie lubią jadać w takich miejscach i zamawiają europejskie sandłicze, bleh ;-)
    Wkupne będzie wkrótce.
    Co do ciuchów, status na dziś: 30-35st!

Zostaw komentarz