
Nie wiele osób zapewne wie, iż Pekin to nie pierwsza stolica Chin, a właściwie, iż Nankin (Nanjing) bywał wcześniej stolicą nie raz (to tyle z podobieństw do Krakowa). Tu obwieszczono koniec wojny opiumowej. Tu ogłoszono powstanie Republiki Chińskiej. Tu również dokonała się Japońska masakra na mieszkańcach, która nieoficjalnie pochłonęła 300tys. ludzi.
Nie żebym zaraz miał taką wiedzę na temat odwiedzonego miasta, ale czasem warto skompletować wiadomości po fakcie, zwłaszcza jeśli nie jesteś w stanie zobaczyć wszystkiego.
Nankin mieści się w odległości 300km od Szanghaju, jednak dzięki szybkim kolejom można zrobić sobie jednodniową wycieczkę chociażby po to, aby pochylić się nad nurtem rzeki Jangcy.
To właśnie Jangcy była główną atrakcją na liście naszych gości, chociaż Patrycja może mieć inne zdanie w tym temacie. Dlatego poniżej zostawiam miejsce na sprostowanie ;-)
…………………………………………………………………………………………………………………………….
Jangcy to rzeka jak każda inna. Brudna, szeroka i nudna, jednak w połączeniu z mostem o długości 5km (wielkim osiągnięciem techniki z lat 60tych), nadała miejscu oczekiwanego „żółtego” polotu. U stóp potężnej konstrukcji na warcie stoi wiecznie żywy Mao, przyjaźnie pozdrawiając przyjezdnych. Na gorze natomiast dwa pomniki charakterystyczne dla chińskiej stylistyki z okresu „siły ludu i niebieskiego mundurka”. Miejsce dobre na kilka zdjęć, pod warunkiem, że pogoda sprzyja zwiedzającym.
Dalsze kroki poczyniliśmy w kierunku murów obronnych oraz pałacu na wzgórzu, którego zwyczajnie dopatrzyliśmy się z mostu. Architektura i kolorystyka lepiej prezentuję się na zdjęciach niż w moim wątpliwym opisie, dlatego od razu przejdę do kolejnej i finałowej atrakcji.
Większość historii miasta znajduję się w okazałym parku, którego nie da się zwiedzić w ciągu jednego dnia. Park nafaszerowany jest świątyniami i nekropoliami, w tym najsłynniejsze miejsce i główna atrakcja Nankinu, miejsce pochówku Sun Yat-sena. To kolejny nieodkryty obiekt na naszym szlaku. Aby satysfakcji jednak stało się za dość wybraliśmy się kolejką linową (krzesełkową) na Purpurowo-Złotą górę, aby chociaż z daleka „liznąć” dobrodziejstw dla złaknionego turysty. Podróż na krzesełkach o niepewnym stanie jakości trwała 30min w jedną stronę i uwieńczona została spiciem zimnej puszki piwa na szczycie. To jedyne co nam pozostało jeśli chcieliśmy wrócić tą samą drogą na dół.
Potem był już tylko głód, ale historię poszukiwania pożywienia pozostawię w pamięci uczestników wycieczki (w tym wizytę w toalecie).


Komentarze: 3 do “Nanjing prawie jak Kraków”
Zostaw komentarz