Notatki z Szanghaju

Zgodnie z nową, świecką tradycją turyści odwiedzający Asię i Krissa w SHA piszą relację z pobytu. To właśnie dzięki nim mogliśmy uczcić naszą okrągłą rocznicę ślubu tym egzotycznym wyjazdem. Gospodarze byli naszymi opiekunami, przewodnikami i towarzyszami, za co składamy im przy tej okazji jeszcze raz wielkie podziękowania! Ale dość kadzenia :), przejdźmy do konkretów.

Gdybyśmy chcieli napisać o wszystkim, co widzieliśmy, musielibyśmy odpalić swojego bloga ;). Dlatego skupimy się na tym, co było dla nas najbardziej niezwykłe. To, co nas uderzyło na samym początku to upał. Ponad 30˚C i wilgotność dochodząca do 70% sprawiała, że czuliśmy się jak w ogromnej saunie parowej. Kolejną rzeczą był całodobowy szum wielkiego miasta, czyli po prostu hałas powodowany natłokiem ludzi i pojazdów wszelkiego rodzaju. Skoro już jesteśmy przy pojazdach, pierwszym środkiem lokomocji w SHA był Maglev, czyli magnetyczny pociąg łączący lotnisko Pudong z centrum SHA. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że odległość 30km pokonuje w 8min. Jak to możliwe? Proszę bardzo:


Zostańmy przy komunikacji. W Polsce trasę Gdańsk- Warszawa pokonujemy naszym poczciwym PKP w ciągu 5 lub ostatnimi czasy nawet 6 godzin. Tam podobną odległość pomiędzy SHA a Nankin(Nanjing) w komfortowych wagonach w ciągu 2 godzin. Cóż, średnia prędkość 250 km/h robi swoje… Osobna sprawa to zakup biletów na kolej. O ile z metrem i Maglevem nie ma większych problemów, z biletami na „PKP” takowy może już się zdarzyć. Dzieje się tak wówczas, gdy osoba sprzedająca jest uodporniona na język angielski. Wtedy nie pozostaje nic innego, niż konwersacja w języku migowo-rysunkowym(warto mieć przy sobie notesik i jakieś pisadło) i oczekiwanie na cud ;). Chyba najlepiej atmosferę takiego kupowania oddadzą zdjęcia 1 | 2 | 3.

O metrze nie będę się rozpisywał, ale po prostu mamy czego pozazdrościć(aktualnie 9lini). Alternatywnym do metra środkiem transportu dla turysty, są tanie(dla naszej kieszeni)taksówki. 11 RMB(ok.5,5 PLN) to niewygórowana cena za przejazd całkiem sporego odcinka. Inną sprawą jest sposób jazdy miejscowych, który polega na podążaniu do wyznaczonego celu z wybiórczą interpretacją przepisów takich, jak sygnalizacja świetlna, zmiana pasów ruchu, używanie kierunkowskazów, przepuszczanie pieszych itd. W taksówce dobrze mieć przy sobie dwujęzyczną mapę miasta, żeby palcem wskazać miejsce, do którego chcesz dotrzeć. Przy okazji trzeba się przygotować na to, że taksówkarz ma problem ze wzrokiem i chwilę będzie trwało nim zlokalizuje cel(w naszym przypadku 50% taki problem miało), a Ty do końca nie będziesz pewny czy jedziesz w dobrym kierunku ;). Kończąc wątek komunikacyjny, historia z rikszą. Podczas wypadu do Suzhou (tamtejsza Wenecja) 3krotnie korzystaliśmy z tego środka lokomocji. Za pierwszym razem zadowoleni zapłaciliśmy więcej niż ustaliliśmy przed jazdą(20 RMB zamiast 15). Za 2gim razem rikszarz zawiózł nas do innej pagody(Tygrysiej) niż ustaliliśmy, bo okazało się, że do „naszej” nie mógł dojechać(zakaz wjazdu dla riksz motorowych, a takową tym razem się poruszaliśmy). To jednak nic w porównaniem z rikszarzem nr 3. Ten, po ustaleniu ceny na 20 RMB(inni rikszarze chcieli zedrzeć z nas 50 RMB) sprawnie wiózł nas do celu. Na jednym z kolejnych skrzyżowań stwierdził, iż cel ten osiągnęliśmy, choć w zasięgu naszego wzroku próżno było go szukać. Mimo to opuściliśmy pojazd i uiściwszy opłatę chcieliśmy szukać ogrodów, do których zmierzaliśmy. Tu zaczęły się problemy. Rikszarz widząc 20stkę, szeroko się uśmiechnął i ręką pokazał znak V, wymawiając coś, co zabrzmiało jak „person”. Wtedy zaczęła się popularna „jazda”. My obstawaliśmy przy swoim(cena uzgodniona była za przejazd, a nie od osoby), a on nie patrząc nam w oczy dawał do zrozumienia(gesty, pojedyncze słowa w języku zbliżonym do angielskiego), że chcemy go okraść, jednocześnie rujnując mu życie. Atmosfera robiła się nerwowa, gdyż w dalszym ciągu staliśmy na środku ruchliwego skrzyżowania, były godziny szczytu i tłum wokół nas gęstniał. Skończyło się tym, że po paru nerwowych minutach włożyliśmy rzeczoną 20stkę do koszyka na kierownicy i oddaliliśmy się, zostawiając go stojącego z pochmurną miną i skrzyżowanymi rękoma na piersi. Warto dodać, iż ludzie wokół nas przyglądali się całemu zajściu w milczeniu z uśmiechami na twarzach. Niemniej, pozostając w zgodzie z naszymi sumieniami, opuszczaliśmy skrzyżowanie z duszą na ramieniu :).

Skoro już jesteśmy przy interakcjach z tambylcami, nie sposób ominąć kwestii robienia zakupów w sklepach, gdzie wszystko jest ”oryginał”, „100% silk” itd.. Sklepikowi nagabywacze, swoim chińskim angielskim starają się wciągnąć cię do swego królestwa. Jeśli ulegniesz, naprawdę dużo wysiłku będzie cię kosztować opuszczenie tego przybytku bez dokonania zakupu. Jeśli jednak już jesteś w środku, warto pamiętać o jednej zasadzie. Musisz znać mniej więcej cenę, za jaką można dany produkt kupić(często 10% wartości wyjściowej). Poza tym, po ustaleniu twojej i sprzedawcy ostatecznej ceny(oczywiście odmiennych od siebie), warto opuścić sklep. W 90% przypadków kończyło się to wybiegnięciem sprzedającego za nami i przystaniu na oferowaną przez nas kwotę.

Nie będziemy pisać o Chińczykach wiele, bo byliśmy za krótko i nie posiadamy odpowiedniej wiedzy, ale kilka spostrzeżeń możemy umieścić. Przede wszystkim są skośnookimi obserwatorami. Nawet jak wydaje ci się, że nie zwracają na ciebie uwagi, tak naprawdę mają cię na oku i robią fotki komórą udając, że właśnie piszą sms’a. Inna grupa to ci, którzy oficjalnie chcą uwiecznić cię w swoich megapixlach. Są uśmiechnięci i sprawiają wrażenie twoich przyjaciół na pozach do wspólnej fotki. Mieliśmy też styczność z reprezentantami Kraju Środka, których możemy określić mianem wyniosłych, budzących szacunek, jak chociażby pani ćwicząca Tai Chi w tradycyjnym stroju w parku czy śpiewająca pani, która była sterniczką łodzi podczas naszej wyprawy do Suzhou:


Generalnie parki są oazami zieleni w betonowym świecie, gdzie mieszkańcy SHA spędzają czas relaksując się na różne sposoby: wspomniane Tai Chi, chodzenie tyłem, oklepywanie drzewa, przechadzanie się w pidżamach 1 | 2 | 3 , puszczanie latawców lub wielkiego jo-jo, wspólne śpiewy czy tańce. Te ostatnie zaobserwowaliśmy nie tylko w parkach, ale i na placu przed jednym z wieżowców:


Poza tańcami, Chińczycy także posiłki lubią jadać w skupiskach. Nawet, jeśli cała knajpa jest wolna, to i tak wchodzący do niej tambylcy siądą przy stoliku koło ciebie :) I tak oto doszliśmy do tematu jedzenia. Po prostu palce lizać. Jeśli nie opanujesz umiejętności posługiwania się pałeczkami, to wcześniejsze stwierdzenie potraktuj dosłownie. Praktycznie nigdzie nie uświadczysz sztućców, co ma wiele plusów. Podstawowy jest taki, że posiłek zabiera ci więcej czasu niż zwykle, mimo iż na stole pojawia się w ciągu paru minut. W związku z tym spożywasz go powoli, zatem nie obżerasz się, tylko stopniowo ogarnia cię uczucie sytości. Dania serwowane są w kolejności przyrządzenia, więc niektóre przystawki wjeżdżały po daniach głównych, zaś ryż zawsze na samym końcu. To również ma swoje zalety, ponieważ można powiedzieć, że stosowaliśmy dietę rozłączną, czyli nie mieszaliśmy białka z węglowodanami itd. Odzwierciedliło się to spadkiem naszej wagi, więc miało sens :). Próbowaliśmy miejscowych specjałów jak szaszłyk ze żmii, czy „ coś tam” z ośmiornicy, ale nie zaprzyjaźniło się to z naszymi kubkami smakowymi(sama konsystencja tej formy białka była niezbyt apetyczna). Inaczej rzecz się miała z wieprzowiną, drobiem, wołowiną, czy smakowitymi przystawkami. Oczywiście nie jesteśmy w stanie opisać tej feerii smaków, po prostu trzeba tego spróbować! Wracając do rzeczy smacznych, nie możemy tu nie wspomnieć o samoobsługowym sushi, które praktycznie codziennie odwiedzaliśmy przed wyruszeniem w miasto. Zaopatrywaliśmy się tam w kilka wymyślnych kawałków, do tego sos sojowy, wasabi i jazda do parku, gdzie w otoczeniu drzew, strumyków i świergocących ptaków, spożywaliśmy śniadanie (lub, jeśli trzymać się pór dnia, raczej obiad :) ).

Kończąc naszą relację, powrócimy do początku, czyli powodu naszej podróży- rocznicy ślubu. Z tej okazji wybraliśmy się z Asią (Kriss niestety nie mógł nam towarzyszyć) do klimaciarskiej restauracji, gdzie zjedliśmy jedne z najlepszych potraw w naszym życiu. Dodatkowo Asia zadbała o oprawę i zorganizowała nam VIP room, gdzie kelnerki serwowały dania w naczyniach w kształcie serca :) (Asiu, jeszcze raz wielkie ukłony!!!). Wieczór kontynuowaliśmy w lokalu, gdzie bywają głównie długonosi. Był to odpowiednik sopockiej Mandarynki, więc panował tam klimat typowej lanserki. Chcąc poznać atmosferę lokalnej imprezowni, przenieśliśmy się do klubu na Xintiandi, który charakteryzował się skośnooką klientelą i ochroniarzami pilnującymi non stop porządku, co dawało duże poczucie bezpieczeństwa. Muza była tak głośna, że basy aż spinały mięśnie, zaś po wyjściu krzyczeliśmy do siebie.


Podsumowując, nie opisaliśmy jeszcze wielu rzeczy, jak malownicze ogrody i parki, pagody, świątynie, drapacze chmur, przygotowania do Expo 2010, jednak to każdy kolejny turysta na pewno sam zobaczy.

Dla nas cały wyjazd to niezapomniane wrażenia, które na długo pozostaną w naszych głowach i sercach.

Napisane przez:

komentarzy 6 do “Notatki z Szanghaju”

  1. Lipiec 13, 2009 o godz. 8:31 pm, Jarr pisze:

    A o czym ja napiszę, kiedy wrócę z SHA, skoro o wszystkim już napisałeś?

  2. Lipiec 14, 2009 o godz. 12:08 am, B. pisze:

    Nie ma co martwić się na zapas;)O wszystkim nie napisalem, bo nie bylo takiej mozliwosci. Poza tym jestes dobrym obserwatorem, zatem tematow znajdziesz tam bez liku :)

  3. Lipiec 15, 2009 o godz. 3:17 pm, Kriss pisze:

    Zawsze zostanie Ci recenzja piwa Tsingtao ;)

  4. Lipiec 17, 2009 o godz. 3:55 am, jungle hessus pisze:

    no widze że cie zona na łódki zaciągneła w końcu ehhehehehe

  5. Lipiec 17, 2009 o godz. 4:40 am, B pisze:

    chwila, chwila, nie chce wchodzic miedzy wodke a zakaske, ale z tego co pamietam, to wlasnie Kriss zaciagnal nas na te lodki;)

  6. Lipiec 17, 2009 o godz. 11:30 am, Kriss pisze:

    Eh, żona czy ja… co za różnica, mamy wspólną pasję do łódek na prąd z biegiem wstecznym ;)

Zostaw komentarz