To co jest, a czego nie widać

shablog.pl-bezp

Po kilku miesiącach pobytu w Szanghaju zacząłem się powoli przyzwyczajać do pewnych wygód związanych z bezpieczeństwem na mieście. Bo kiedy jesteś długonosym obcokrajowcem możesz odnieść wrażenie, iż rząd chiński zrobił wszystko, abyś poczuł się pewnie i kroczył po chodniku ze świadomością pełnej nietykalności. Kary za przełamanie tej bariery są niewarte zachodu, dlatego krnąbrny chińczyk zszedł do podziemi i wykorzystując tłok w metrze przyspiesza obrót pieniążka przywiezionego przez niczego nie świadomego turystę… ale nie o tym.

Jak już wspomniałem, po pewnym czasie instynkty bledną. Wieści o tym co dzieje się wewnątrz kraju przychodzą głównie z zewnątrz. Pierwszym sygnałem, iż coś jest nie tak najczęściej bywa zablokowany Facebook lub Twitter, dzięki którym masa pozostaje świadoma. O pewnych sprawach na co dzień po prostu się nie rozmawia, choćby byłoby to trzęsienie ziemi, zawalony budynek w centrum miasta czy przypadki nadinterpretacji „wolności” jednostki.

Spacerując ostatniego weekendu po okolicy byłem świadkiem dwóch sytuacji, które na nowo przypomniały gdzie jesteśmy i jak łatwo obywatel tego kraju może stać się przypadkową ofiarą silnego ramienia bezpieczeństwa publicznego.

Pierwsze zdarzenie choć mógłby mieć miejsce praktycznie wszędzie, tu uświadamia, że to czego nie widać… tego nie ma. Sprawa dotyczyła rozsypanych owoców ulicznego sprzedawcy przed konkurencyjnym sklepem. W przeciągu chwili, dyskusja zamieniła się w niezłą demolkę: szarpanina ochroniarzy, bijatyka kobiet, próby interwencji przechodniów a w tle dziewczynka ratująca resztki nie zdeptanych owoców. Natychmiast zjawia się policja i pierwsze co robi to rzuca się na tych, którzy odważyli się wyciągnąć aparaty i komórki aby sfilmować zdarzenie. Każdy amator obiektywu, który stał na tyle blisko by zmontować ciekawy materiał, został wciągnięty do „kotła nieporozumień” i szybciutko spacyfikowany. To też jest przyczyna, dla której mój wpis nie będzie okraszony zdjęciami – czekałem na reakcje kawalerii. A kawaleria może dużo…

Dnia poprzedniego, około północy przechadzając się po dzielnicy, również przypadkowo doświadczyłem widowiska z udziałem policji: lekko śnięty kierowca, przejechał o kilka metrów za dużo hamując na czerwonym świetle. Tym samym zmusił kierującego ruchem policjanta do imponującego uniku przed toczącym się autem. Sprawa wydawała by się błaha, jednak akcja dokonała się tuż przy posterunku policji i postawiła na nogi wszystkich, którzy incydent przyuważyli. W sekundzie wywleczono kierowce z samochodu i ze skrępowanymi rękoma wciągnęli na posterunek. W tym samym czasie za kierownicę auta siadł posterunkowy i odholował je gdzieś za róg ulicy. Akcja trwała dosłownie kilka chwil. Nie było w niej miejsca nawet na dyskusję, ustalenie przyczyny, czy chociażby oceny ryzyka całego zajścia.

Nie zastanawiając się zbyt długo, przetarłem mokre czoło, poprawiłem swoją pelerynę nietykalności i ruszyłem dalej, świadom swych praw i obowiązków…

Napisane przez:

komentarze 4 do “To co jest, a czego nie widać”

  1. Lipiec 21, 2009 o godz. 4:17 am, B. pisze:

    cos mi sie wydaje, ze taka pelerynka nie do konca bylaby skuteczna, gdybys jednak, w jednej lub drugiej sytuacji zapelnil karte pamieci swego aparatu…a moze jednak zabawisz sie w Don Pedro z Krainy Deszczowcow, z ta roznica, ze od poczatku bedziesz po wlasciwej stronie;)?

  2. Lipiec 21, 2009 o godz. 4:20 am, sis pisze:

    pierwszy wpis który sprawił że wszyscy spojrzymy na Chiny oczami „tambylca” i który sprawił że nie wiemy co napisać…

  3. Lipiec 21, 2009 o godz. 1:37 pm, ewa pisze:

    zatkało i mnie…
    Przypomniały mi się akcje z Kuby, gdzie tubylcy za to, że podeszli do mnie i zaminielili kilka zdań w centro historico byli wrzucani do suki i odwożeni Fidel jeden wie gdzie…

  4. Lipiec 21, 2009 o godz. 8:30 pm, Kriss pisze:

    …a tłum stoi i patrzy :/ Odchodzi też ochota na testowanie pelerynki.

Zostaw komentarz