
Muszę przyznać, iż ostatnio czas nie pozawala na częste sprawozdania z terenu a praca zaczyna „powoli” przyćmiewać turystyczny styl życia. Weekendowe plany poszukiwania przygody w górach również trzeba było przenieść na termin późniejszy a wszystko ku chwale pracy. Nie znaczy to jednak, że Szanghaj przestał zaskakiwać.
Z ostatnim piątkiem, który wcale nie okazał się początkiem weekendu zostaliśmy zaproszeni do knajpy zwanej „Latający Słoń”, prawdopodobnie jedyna rosyjska restauracja w mieście. Po Rosjanach można spodziewać się wiele, więc bez zbędnych oczekiwań ochoczo ruszyliśmy w miasto.
Na wejściu poprzeczka ustawiona wysoko. Towarzystwo typowo weselne, czyli dzieciaki biegające między stołami, byczki w ciasnych koszulkach i starsze pary bujające się w rytm muzyki. Do tego wódka na stołach, pan grający na keyboardzie i chórek odtwarzający rosyjskie hiciory. Trzeba było szybko wczuć się w huczny klimat, który nie dawał możliwości na dłuższą rozmowę przy stoliku.
Być w takim miejscu i nie zamówić ogórków z „popitką” było by grzechem. Jako danie główne, zminiaturyzowane pierogi ruskie. Czas mijał a atmosfera robiła się gorętsza. Taniec brzucha co jakiś czas przecinał parkietowe balety aż wreszcie przyszedł moment na męskie popisy:
Jedynym przegranym w tym pojedynku był drągal w okularach, którego moja niemiecka koleżanka z pracy po oglądnięciu video skwitowała „to nasz człowiek” :).
Noc minęła szybko, a następny dzień w biurze. Zawinęliśmy się jak tylko rosyjskie rytmy przerodziły się w typową dyskotekę z niedobitkami na parkiecie.
Warto było, hej! A niedziela na kartingach pod bacznym okiem Roberta ;)


Komentarze: 13 do “Rosyjski Latający Słoń”
Zostaw komentarz