Projekt pt. „miejsce gdzie nie można dotrzeć zwykłym transportem publicznym” nabrał wreszcie wyraźnego kształtu… kształt wyspy. Wyprawa już na starcie zapowiadała się ekscytująco. W sieci żadnych informacji nt. miejsca podróży, zero wieści od „lokalnej ludności” i właściwie żadnego planu zwiedzania. Z czasem okazało się również, że nie me chętnego na pomysłodawcę tej wycieczki bo wyspa Changxing oferuje absolutnie nic! Żeby jednak nie wyprzedzać faktów zacznę od początku, czyli od przystani promowej.
W oczekiwaniu na „załadunek” pierwsze podejrzenia wzbudziło pięć kominów tłoczących czerń bezpośrednio do naszych ledwo przebudzonych umysłów, przepełnionych jaskrawo zieloną fantazją na temat wyspy. Może trzeba było posłuchać kierowcy, który już na wstępie mówił, że tam prawdopodobnie nic nie ma?
Na prom ledwo weszliśmy kiedy padła propozycja skorzystania z sektora dla VIP’ów. Cóż, zaoferowano pięterko, herbatę i siedziska pod chmurką… wszystko za 10rmb od głowy.
Rzeczywistość okazała się równie kolorowa jak kominy na brzegu. Otóż sektor VIP’ów to zaplecze kapitana i jego drużyny. Gości się nie spodziewał, więc nie zdążył zabrać suszących się gaci i skarpet z naszej loży :) Chyba nie spodobała mu się sesja zdjęciowa przy granatowych slipach, które czym prędzej usunął. O toalecie z uciekającym wiadrem rozpisywać się nie będę.
Na miejscu rozpoczęliśmy od poszukiwania pożywienia. Czynność na pozór prosta, zwłaszcza w Szanghaju, gdzie lokali nie brakuje. Tu natomiast godzinne poszukiwania zakończyły się porażką, wszystko pozamykane do 15-16. Po krótkim wyścigu na rikszach skończyliśmy w jeszcze otwartym barze mlecznym, gdzie jako jedyny odważyłem się skosztować lokalnego pieroga czego z całego serca żałuje. Może trzeba było posłuchać kierowcy, który już na wstępie mówił, że tam właściwie nic nie ma?
W akcie rozpaczy, kiedy właściwie wszyscy w myślach podjęli decyzję o powrocie do domu ruszyliśmy w stronę świątyni aby wyprawa nabrała choć trochę turystycznego charakteru. Tu przywitano nas entuzjastycznie słowami: „Welcome to China!”. Szybka interakcja z wyluzowanymi mnichami i przeszedł czas na powrót.
Muszę przyznać, iż takie wyprawy bywają wyjątkowo wyczerpujące kiedy szukasz czegoś czego nie ma. I tak nienasyceni wieczór zakończyliśmy na wyśmienitej meksykańskiej kolacji i baletach w knajpie z ciężkim chińskim beatem.
Może trzeba było posłuchać kierowcy, który już na wstępie mówił, że tam na pewno nic nie ma!
Ps. Jestem święcie przekonany, że po tym wpisie wyspa Changxing zyska największą bazę informacji jaką można wyszukać w internecie.


Komentarze: 9 do “Co się wydarzyło na wyspie Changxing?”
Zostaw komentarz