
Tu Bruce Lee łamał kości, Tu Van Damme szukał brata bliźniaka, tu Chuck Norris kopał tyłki właścicielom kasyna i wreszcie tu Batman skakał z najwyższego budynku w mieście. Hong Kong, dziecino! Nie ma co ukrywać, to miasto zwala z nóg… ale po kolei.
Pierwszy tydzień października to chińskie święto narodowe. W tym roku 60-ta rocznica partii oraz Festiwal Środka Jesieni. Właściwie powinienem o tym napisać coś więcej, ale rocznicowe obchody odbywały się w Pekinie, a festiwal sprowadza się głównie do wręczania księżycowych ciasteczek i fajerwerków, których mam serdecznie dość.
Ten okres zarówno Chińczycy jak i expaci wykorzystują na podróże. Ci pierwsi odwiedzają rodziny, Ci drudzy uciekają poza granice po wylegiwać się na ciepłym piasku w Tajlandii, Malezji czy na Filipinach. Do grona uciekinierów dołączyliśmy i my. Bilety kupione ostatniego dnia pracy, szybka rezerwacja hotelu i w drogę!
Architektura w połączeniu z ukształtowaniem geograficznym absolutnie mnie zauroczyła. Ciasno skupione, wąskie punktowce stojące na skałach, mosty łączące wyspy, promy i kontenerowce w tle, łodzie, łódeczki, samoloty na niebie to wizualna uczta, którą dostajesz wjeżdżając do Hong Kongu. Jak dziecko przed witryną sklepu z cukierkami łakniesz wrażeń zanim jeszcze dotrzesz do hotelu.
Hong Kong od 1997 roku jako Specjalny Region Administracyjny Chin utrzymuje swoją odrębność i ma się dobrze. Ruch lewostronny, język kantoński i angielski, sterylne metro, kultura osobista to podstawowe różnice jakie widać po opuszczeniu stałego lądu. Wyspiarza łatwo rozróżnić w tłumie. Jest pewny siebie, modny, nie pluje, nie charcze i pomimo 7mio milionowej populacji nie wpycha się szaleńczo do metra, walcząc o wolne miejsce siedzące jak przedszkolak. Tak, różnica jest ogromna co również zadziwia ich samych kiedy patrzą na rodaków zza administracyjnej granicy.
Hong Kong to miasto karne pełne reguł i przepisów. Kara może Cię spotkać za picie i jedzenie w metrze oraz jego płatnych strefach. Za spanie na ławce, za karmienie ptaków, za przytrzymanie drzwi w metrze, za śmiecenie i za palenie w miejscach niedozwolonych, a dozwolonych jest raczej nie wiele.
Hong Kong to mieszanina kultur. Pakistańczycy wołający „garnitur szefie?”, hindusi proponujący dymka, młode (polskie) modelki bawiące się w życie i cały miks przyjezdnych szwendających się do późnych godzin nocnych. Przystań portowa zachwyca dynamiką, tramwaj wodny co kilka minut dosłownie przewala dziesiątki ludzi z Kowloon na wyspę Hong Kong i z powrotem. O godzinie 20 każdego dnia budynki po drugiej stronie brzegu ożywają aby przy dźwiękach muzyki odstawiając pokaz świateł zwany „Symphony of lights”. Jeśli masz widok na przystań z pokoju hotelowego możesz również włączyć radio, z którego płynie ta sama muzyka i dostarcza wrażeń tym co doceniają widok bez wychodzenia na zewnątrz.
Jeśli można by było zamówić Hong Kong w McDonaldzie to byłby to zestaw powiększony o potrójne frytki i dwulitrową colę. Jeśli Hong Kong miałby być skrętem, byłby to joint zwinięty w papier po bułce paryskiej. Jeśli Hong Kong miałby być kobietą to… ach nie ważne ;) Nie sposób wszystko opisać i zdaję sobie sprawę, iż te kilka dni wystarczyły tylko na doświadczenia z broszur turystycznych, jednak mimo to oferta jest szeroka. Na liście pozostało sporo rzeczy, dla których warto wrócić, a te zaliczone pojawią się tu później. Ten wpis i zdjęcia to dopiero początek podróży.


Komentarze: 12 do “Hong Kong, dziecino!”
Zostaw komentarz