Shanghai – Phuket, 3526 km… z reguły 6 godzin bezpośredniego lotu… z reguły. Jak się okazuję do raju ciężko się dostać. Start 18:00: kolej do Hangzhou, 2 godzinne opóźnienie lotu, koczowanie na lotnisku do 1:20, awaryjne międzylądowanie w Sajgonie (Wietnam) o 5 nad ranem, interwencja lekarza i eskorta pasażera, powrót na szlak z 5cio godzinnym poślizgiem, zamiast lotu do Phuket, alternatywny lot do Krabi, wreszcie 9cio osobowy mini-bus do Hotelu oddalonego o 180km. Wszystko w 24 godziny i wszystko na styk dopinane chińska agrafką z napisem AirAsia. Spoglądając wstecz myślę… fajny trip, a było ciężko.
Phuket nie rozczarował, gorący, zielony, dynamiczny, wesoły, bezsenny. Uśmiechnięci ludzie, muzyka na ulicy i kolejna orgia smaku. Wbrew pozorom nie Tajska kuchnia, a owoce morza, których w żaden sposób nie można porównać z ich zamulonym kuzynostwem z Szanghaju. Zapytaj szwagra, który wcześniej snuł cała anty-teorię o wodnych stworzeniach, a w Tajlandii od kałamarnicy trudno go było odgonić ;)
Ciężko opisać grudzień w raju. W naszym zasięgu plaże Kata, Karon, Patong i jedyny słuszny środek transportu (poza TukTukiem)… skuter. Zatankowani paliwem z butelek wystawionych na stoliku przy drodze niczym woda z sokiem malinowym ruszyliśmy na zwiad okolicy. Dzień jak co dzień, który zawsze może skończyć się na posterunku policji. Tym razem za brak prawa jazdy.
Kontrola działa sprawnie: nie ma dokumentu? mandat 300 batów, posterunek 5min wzdłuż drogi, po prawej na przeciwko szpitala. Na szczęście nie czułem się samotny bo kolejka do policyjnej kasy rosła z minuty na minutę. Pan komendant (bo tak go roboczo nazwałem) zrobił sobie kilkuminutową przerwę na skonfigurowanie MP3 playera i przy dźwiękach Madonny kompletował kolejne gorące setki w szufladzie. Z całego zdarzenia zapamiętałem słowa otuchy skierowane do poddenerwowanego Rosjanina: Don’t worry, me Boss! W tym czasie drogie panie uprawiały shopping i plażowanie czyli… hedonkę.
Mimo wszystkich walorów Phuketu to jednak Phi Phi Islands zwabiły nas w te okolice. Jeśli widziałeś (bądź czytałeś lub słuchałeś) „Niebiańską Plażę”, wiesz o czym mówię. Żółty piasek, turkusowa woda, jaskrawo zielona roślinność… wszystko osłonięte skałami, Maya Beach. Miejsce wabiące amatorów podróży i kino maniaków z całego świata. Być i nie zobaczyć grzech jednak być i przeżywać to samo jest wręcz niemożliwe. Kolejka po niezapomniane wrażenia jest zbyt długa… i jeśli wydaje Ci się, że możesz je dostać w pakiecie turystycznym to się grubo mylisz… bo życie to nie film ;)
Jeśli jednak 7 tysięcy kilometrów od domu zamiast piasku czujesz mąkę pod stopami, a w okół znajome, uśmiechnięte twarze, zapominasz o filmowych scenariuszach i doceniasz raaaaaj.
„Wciąż wierze w raj, ale teraz przynajmniej wiem, że nie jest to jakieś miejsce, którego można szukać. Bo nie liczy się to gdzie jesteś, a jak się czujesz przez chwilę w swoim życiu i jeśli znajdziesz tą chwilę… będzie trwała wiecznie” – Richard, The Beach.


Komentarze: 10 do “Przystanek końcowy… niebiańska plaża”
Zostaw komentarz