Tak mój drogi, Petronas Towers, Malezja, siedziba zeszłorocznego pracodawcy Roberta i jedna z najwyższych konstrukcji na świecie (452m). W tym roku piastuje czwarte miejsce na liście drapaczy chmur, zaraz za SWFC radującego oczy me każdego ranka.
Pomimo dominacji Burj Khalifa w Dubaju, już wiadomo jak statystyka będzie wyglądać w roku 2015 i trzeba przyznać, iż Azja nie daje forów swoim konkurentom. W pierwszej 20stce aż 14 budynków wypuści (bądź wypuściło) swoje pnącza właśnie w Azji, z czego 10 w Chinach. Jedno jest pewne, jeśli chcesz stworzyć coś wyjątkowego, jedynego w swoim rodzaju, coś „naj”… nie mów o tym Chińczykom bo Cię przegonią ;) Ale dziś nie o tym.
Na trasie do Tajlandii, Kuala Lumpur zaliczyliśmy dwukrotnie, ale dopiero w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na „speed-touring” (zwiedzanie na szybkości), co ma pewne uzasadnienie w mieście z torem wyścigowym Formuły 1. Czasu było niewiele, a miasto niemałe. Odrzucając ofertę hotelową na wycieczkę w stylu „wakacje w krzywym zwierciadle” przez szybę samochodu, pomknęliśmy do centrum miasta w jedyne miejsce, do którego tak na prawdę każdego tutaj ciągnie… Bliźniacze Wieże.
Błyszcząca stal i szkło robi wrażenie. Budynek wygląda jakby został oddany dzień wcześniej. Światło odbija się od każdego załamania i przyciąga obiektyw jak magnes. A w okół wież najbardziej multi-kulturowe skupisko ludzi jakie przyszło mi obserwować. Wśród pomykających na około kobiet w burkach dość majestatycznie wypadał czarnoskóry kolos w białym garniturze z napisem „Big Daddy”. Jeden wielki miks w (o dziwo) dość poukładanej i czystej scenerii.
Dwa bliźniaki to duma miasta. Jedyne jak dotąd miejsce gdzie oficjalne gadżety można dostać w zadziwiająco przystępnej cenie, a wjazd na punkt widokowy kosztuje nic. Szkoda tylko, że ograniczają wjazdy do 1000 biletów dziennie, które rozchodzą się koło godziny 7 rano.
Aby chaosu nie zabrakło, w drodze do hotelu zahaczyliśmy o Chinatown i bliższe memu sercu klimaty. Targ wszystkiego do jedzenia i ubrania, ściany o słusznym kwaśnym zabarwieniu i … knajpa reggae z kelnerem(ką) o bliżej nieokreślonej płci. Bob Marley na ścianach i w głośnikach zakończył krótką wizytę w Kuala Lumpur. Chciałbym zobaczyć więcej…
Na koniec: Wielkie dzięki za głosy w konkursie!!! Co prawda nie załapałem się do pierwszej dziesiątki, ale kto wie jak by było gdybym przekonał się do próśb o smsy tydzień wcześniej ;) Jeszcze raz… dzięki za wsparcie!


Komentarze: 4 do “W Kuala Lumpur…u stóp bliźniaków”
Zostaw komentarz