Ewa i Jarek na końcu świata

Do wpisu na Shablog, do którego zostałem zobowiązany już przed przyjazdem siadałem 4 czy 5 razy. Za każdym razem zatrzymywałem się po kilku zdaniach, nie mając pomysłu, o czym pisać: o miejscach które odwiedzaliśmy, o zaawansowaniu technologicznym przewyższającym wszystko, co do tej pory widziałem, czy o ludziach spotykanych na ulicy?

Pojechaliśmy do Szanghaju, bo chcieliśmy spędzić z A&K Święta Bożego Narodzenia, najbardziej rodzinny dla nas czas. Nie chcieliśmy, aby zostali tam sami, 8000 km od domu w miejscu, gdzie każda wystawa, każdy róg ulicy bije po oczach świątecznymi dekoracjami, a tak naprawdę świąt nie ma. Musieliśmy kombinować, jak przygotować świąteczny bigos bez kiszonej kapusty oraz wymyślić 12 potraw, które przypominałyby potrawy z polskiej Wigilii. K wytrzasnął skądś choinkę, bo w sklepach jest wszystko oprócz nich, kolędy „pojawiły się” w laptopie. Udało się i o 21-wszej czasu lokalnego (czyli o 14-stej w Polsce) usiedliśmy do kolacji z krewetkami w menu. Później obowiązkowa sesja skype i spontaniczny Muppet Show („klipów” było więcej, ale nie wszystko co na taśmie to do internetu).

Pojechaliśmy też do Szanghaju aby trochę pozwiedzać. Oprócz obowiązkowych punktów turystycznych, jak Bund, Pudong, Ogrody YuYan, Nanging Road, pojawiły się miejsca bardziej ukryte jak targ ptaków i Bonzai, Taikang Lu. Pojawił się też pomysł odwiedzenia miejscowości Wuxi z 88 metrowym pomnikiem Buddy z brązu. Wycieczka o tyle ciekawa, że zakończyła się już na dworcu w Szanghaju.

O jedzeniu też muszę troszeczkę napisać, bo podjąłem niezwykle ważną życiową decyzję z tym związaną. Do czasu wyjazdu nikt nie był mnie w stanie zmusić do zjedzenia czegokolwiek, co wyszło z wody. Postanowienie, to postanowienie więc spróbowałem, na początek krewetki „hmm dobre”, potem ośmiornice „lepsze niż dobre”, na koniec poszły kalmary „pycha”. Mogę już chodzić na rybkę, nie jest taka straszna. Smaków u Pani pierożkowej, lamienu, czy Pana Donga nie jestem w stanie opisać, do tej pory mam dreszcze na samo wspomnienie.

W Szanghaju spędziliśmy Święta, zaś Sylwestra i Nowy Rok w Tajlandii, bo nie ma nic przyjemniejszego od wygrzania zmarzniętych kości na Niebiańskiej plaży. Przyjemność opisania naszych przygód w trakcie pozostawiam K, chciałem w tym miejscu jedynie podziękować jemu i Asi za możliwość chodzenia po piasku bardziej miękkim niż mąka, pływania w morzu cieplejszym niż woda w kranie, jedzenia kalmarów i tigerów, oglądania słoni na wyciągniecie ręki, puszczanie lampionów, przejażdżki Tuk-tukami i skuterami.

To były najwspanialsze wakacje w naszym życiu (Ewy i moim), może kiedyś uda się to razem powtórzyć.

Napisane przez:

komentarze 4 do “Ewa i Jarek na końcu świata”

  1. Luty 3, 2010 o godz. 3:46 am, sis pisze:

    byłam,widziałam,przeżyłam,potwierdzam i również bardzo bardzo dziękuję :)))

  2. Luty 3, 2010 o godz. 9:04 am, Kriss pisze:

    Dobra, dobra… to nie koncert życzeń ;) W związku z EXPO i „artykułami promocyjnymi” na blogu, cena pakietów turystycznych rośnie o 200% hehe. Dzięki za bigos!

  3. Luty 3, 2010 o godz. 3:51 pm, Chuck Norris vel lovely wife:) pisze:

    Trzeba powtórzyć wycieczkę do Wielkiego Buddy z Wuxi. Bez balastu na nodze łatwiej biegać ;) Rezerwujcie bilety na kolejny przyjazd:D

  4. Luty 6, 2010 o godz. 8:17 pm, B. pisze:

    To co, moze sushi w 3miescie:)?

Zostaw komentarz