„Do Pekinu przy takiej pogodzie?” – zapytał. „Tak, integruję się z rodakami w kraju” – odparłem. Aż tak zimno nie było, wszak musiałem zapożyczyć rajtuzy Chucka, ale o lepszy termin na zwiedzanie stolicy dość trudno.
Choć mróz okrada miasto z jego walorów, okres Chińskiego Nowego Roku wykurzył część mieszkańców i dostarczył sporej swobody podczas całodziennych spacerów. Ruch w metrze umiarkowany, bez przepychanki w przejściu, ogółem głęboka śpiączka 10cio milionowej stolicy. Można ruszać ku przygodzie!
Pekin jest zdecydowanie inny niż Szanghaj, obszerny i niski zarazem. Szerokie ulice, ciężkie, wręcz tłuste chińsko-ludowe budynki. Mówią, że to plac zabaw dla architektów, jeden wielki eksperyment, zwłaszcza w biznesowej części miasta. Tutaj musisz przejść dobry kilometr aby otoczenie zmieniło swój wyraz. Nie ma typowego centrum, wszystkie atrakcje rozsypane są w znacznej odległości od siebie. Przy pierwszej wizycie masz poczucie jakbyś nigdy nie był pewien czy już znajdujesz się w miejscu, którego szukasz. Zawsze jest ta chwila zastanowienia, która zazwyczaj profesjonalnemu turyście jest zupełnie obca.
Nie sposób natomiast przegapić Placu Tian’anmen i Zakazanego Miasta. Wysoki mur na około, prezes narodu na czole sięgający wzrokiem po horyzont, czyli najbliższy rządowy budynek bądź resztki architektury z poprzedniej chińskiej rzeczywistości. Owe „miasto” jest wielkie, szybkim krokiem przy tej pogodzie spędziliśmy w środku 2 godziny, a można i cały dzień przemierzając labirynt alejek. Nie wiem jakie wrażenie robi całość na chińczyku, ale po „standardowym” zachowaniu można rzec, iż mają inne podejście do dziedzictwa narodowego. Rzucanie papierków po batonie w bramie świątyni, do której śmiertelnikowi wejść nie wolno, stłamsiło mój entuzjazm bardziej niż widok Starbucksa w jednej z kilkusetletnich konstrukcji.
Zupełnie inaczej wyglądała natomiast wizyta w mauzoleum prezesa. Porządkowi z megafonami i kolejka do wejścia niczym wąż wijący się po całym placu. Z początku onieśmiela, ale widząc szybko poruszającą się masę, masz wrażenie, że 20 minut na całość wystarczy. Godzinę i trzydzieści minut później, po kilku zawrotach, zakrętach i pętlach docierasz do czerwonego dywanu i kiosku z białymi kwiatami dla Mao. Patent na kwiaty jest całkiem dobry, prawie każdy kupuje i po 30 krokach kładzie przed stopami pomnika. Ten sam bukiet w kilka chwil wraca na pierwotne miejsce (do kiosku), kiedy ilość bieli przesłania majestat ojca narodu. Cała atmosfera czekania i opis kolejki przyrównany do maszynki do mielenia mięsa najlepiej obrazuje Douglas Adams w „Ostatnia okazja, by ujrzeć” choć nie wiele mówi o samej figurze woskowej.
Na tyle czekania, masz około 45 sekund aby „nacieszyć” się obecnością trupa w pokoju. Woskowy, podkolorowany denat wrażenia nie robi, no może tylko inspiruje do pytania: „po co tu właściwie przyszedłem?”. Za jakikolwiek gest pogardy czy entuzjazmu pewnie by mnie zastrzelili, wiec grzecznie przesuwasz się w kolejce i wraz z całą resztą przemielony wypadasz po drugiej stronie budynku zupełnie jak w książkowym opisie. O zdjęciach nie ma mowy, o wnoszeniu torebek również, kontrola przed wejściem jest równie dokładna jak na lotnisku. Przy całej otoczce spodziewasz się tiramisu na chińskiej porcelanie, a dostajesz watę cukrową na patyku.
Czego ja się spodziewałem? Niczego! Z wizytą u Mao byliśmy tylko przejazdem… w drodze na Wielki Mur.


Komentarze: 6 do “Zakazane miasto i trup w MAO-zoleum”
Zostaw komentarz