Owoce morza na Tongchuan Lu

W poszukiwaniu autentycznego Szanghaju z dala od neonów, warkoczących silników i torebek Louis Vuitton zaczęliśmy poszerzać terytorium. Nowe linie metra,  nowe możliwości.

Tym właśnie sposobem 11-stka przewiozła nas na dzielnicę Putuo gdzie znajduję się największy market owoców morza w mieście… mówią, że czynny całą dobę, a to akurat tłumaczyło by tych śniętych w południe. Jedno jest pewne; gwar i zamieszanie nadają temu miejscu rytm, którego poszukiwałem.

Market łatwo znaleźć, po wyjściu z metra kieruj się węchem. Nie żeby zaraz drażniło nozdrza, ale lekki wiaterek podpowiada gdzie szukać smakołyków.
O owocach morza w Szanghaju słyszałem już wiele: „nie tak dobre jak na południu”, „z zamulonej, żółtej wody” itp…. Basta! Jak idziesz na wojnę spodziewasz się łupów, więc odłożyliśmy na bok wszystkie „przeciw” i zaatakowaliśmy stragany. Przy takim nastawieniu łatwiej też o fotki.

Relacje kup/sprzedaj zupełnie jak na fake markecie, z taką różnicą, że to ja byłem przylepiony do szyb akwariów jak wabik, a Chuck niczym husaria czyhał na sygnał „kupujemy” aby uderzyć z lewej flanki. Sprzedawcy namawiają Cię na wszystko, ale targować za bardzo się nie chcą. Jak zbijesz cenę to wsadzą Ci mniejszego śledzia do siatki. Może to znowu sprawa bycia expatem bo o umiejętności Chuck’a nie ma obaw. Pamiętaj, że mam tu do czynienia z profesjonalnym zabójcą cen.

Aby łup w pełni dostarczał należytej satysfakcji, trzeba go czymś polać i tu kolejna niespodzianka. Szukając autentyzmu poza centrum, w dzielnicy, a dokładniej w alejce, na której nigdy nie spodziewałbyś się winiarni tudzież półki z eksportowanym winem, trafił nam się raj… Zwykły sklep po przekroczeniu pierwszej i drugiej sali przeobraził się w niewielki pałacyk pełen win z całego świata. Wrażenie o tyle silne, iż skala kontrastu z tym co na zewnątrz i tym co wewnątrz prawie nie do opisania.

Lekko odurzeni emocjami przechadzaliśmy się między półkami przypominając kolekcjonerów w Muzeum Narodowym. Dotarłszy do chłodni z butelkami wartymi ponad 30 tysięcy RMB przyszedł czas na zakup. Coś co współgrało by z krewetką, coś zdecydowanie z niższej półki :) …bo tak okazyjnych cen w naszej dzielni nie ma!

Napisane przez:

komentarzy 7 do “Owoce morza na Tongchuan Lu”

  1. Kwiecień 28, 2010 o godz. 7:20 pm, Jarr pisze:

    Winko za 30 tysi z 1922, ale gwarancji nie masz, czy w srodku sie ocet nie zrobil ;))

    No i te wyrośnięte krewetki, musialy smakować z masełkiem czosnkowym, mniam.

    o penisach w muszelkach nie będę sie wypowiadał, ale coś bardzo przykuły uwagę fotografa ;p

  2. Kwiecień 28, 2010 o godz. 11:31 pm, Kriss pisze:

    Penisy w muszelkach… wdzięczny temat :-) Fotogeniczne takie. Przyznam, że nadal nie wiem co to… chyba ślimaki tygrysie.
    Krewetki faktycznie przesmaczne ;)

  3. Kwiecień 30, 2010 o godz. 6:04 am, B. pisze:

    Ostatnia fotka jak z folderu z dobrej knajpki dla cudzoziemców :)
    1811- znane spojrzenie Joanny, nie wróży nic dobrego sprzedającemu ;)

  4. Kwiecień 30, 2010 o godz. 5:33 pm, Jarr pisze:

    1811 – rzeczywiście sugeruje stwierdzenie „Chyba Pan żartuje?” :)

  5. Maj 2, 2010 o godz. 4:32 pm, em pisze:

    Owoce morza+winko to RAJ dla podniebienia i miejsce na kolejne powroty.Winiarnia-a”targowisko” to Wielki kontrast,zresztą tak samo niebywały jak Sh.nowy i stary(osobna enklawa czy Chiny?)Dopiero Sh-W pokazuje mi to na foto. Mój zapis na płycie pamięci-owoce morza we Francji znoszone wiadrami po odpływie i przerabiane na różne sposoby-wtedy tez była GR.Fiesta-mam nadzieję,że czasem wspominasz te Smaki.pozdrawiam WAS

  6. Maj 7, 2010 o godz. 4:06 pm, Kriss pisze:

    1811 – spojrzenie śmierci ;)
    @em: cały czas widzę te tony małży przerabianych co dnia. Miło się wspomina, ale od tamtej pory mam lekką niechęć do muli, chyba przesadziliśmy ze zbiórką plonów :)

  7. Maj 20, 2010 o godz. 2:14 am, jungle jezuss pisze:

    te ślimaki jak siusiaki hehehehhee dokłądnie

Zostaw komentarz