Jeśli spodziewałeś się gorącego raportu z otwarcia EXPO to możesz czuć się lekko rozczarowany. Oczywiście byłby to świetny początek 6cio miesięcznego raportu, ale my, Szanghajczycy tego dnia trzymaliśmy się jak najdalej terenów masowej gorączki.
3-4 godzinne kolejki do wejścia, słońce w szczytowej formie (bo chyba znowu chmury rozgonili) i kolejne oczekiwanie przed każdym pawilonem. Zdradzę tylko tyle: Ci co byli mówią, że Polski Pawilon ma sporo fanów. My natomiast popełniliśmy wielką ucieczkę z miasta wybierając naturę w formie umiarkowano turystycznej.
O istnieniu Guilin dowiedziałem się ponad rok temu kiedy Josp namawiał mnie na podróż wskazując banknot 20RMB z widokiem stożkowatych gór i wijącą się rzeką.
Charakterystyczny punkt widokowy oblegany jest przez turystów wyciągających ów banknot na tle identycznego krajobrazu. Tak się składa, że mieści się to w wiosce Xing Ping, ale Guilin jako miasto i cały okręg stanowi klamrę dla wszelkiej maści dobroci jakie matka natura dała temu miejscu.
Poniosło nas aż 1500km na południowy zachód od Szanghaju. Miasto przywitało subtropikalnym klimatem i dość odmiennym stylem życia nocnego. Turystyka jest silnie rozwinięta a biura podróży funkcjonują od wczesnych godzin porannych po 23cią wieczorem. Nie zabawiliśmy tu długo… chodziło o nocleg, wieczorne rozeznanie terenu, sesję przy Wzgórzu Trąby Słoniowej i Pagodzie Puxian. Atrakcji jest więcej, ale czasu niewiele, a naszym celem podróży było miasteczko Yangshuo, o którym więcej w kolejnym wpisie. Nie sposób po prostu wtrącić o Yangshuo, trzeba się trochę popieścić ;)
Zarówno w Guilin jak i w Yangshuo istnieje podobna sieć dostawców turystycznej rozrywki. Próby solo czy w duecie przy ograniczonym czasie kończą się właśnie w biurze bo nikt nie wytłumaczy i nie wskaże Ci publicznego transportu skoro możesz zapłacić więcej za zorganizowaną wycieczkę.
Tak też się stało kiedy Chuck napalił się na tarasy ryżowe w Longji. Co jak co, ale nasz duet stroni od tego typu form zwiedzania, więc któż by się spodziewał, że właśnie taki trip nas czekał. Wszystko stało się jasne kiedy organizatorka podróży, Celine wyciągnęła czerwony proporczyk i rzekła „za mną”!
Zaserwowano nam wizytację wsi, w której kobiety ostatni raz ścinają włosy w ósmym roku życia, a potem już tylko czekają na męża. Jeśli jej się spodobasz uszczypnie Cię w pośladek, jeśli jej oddasz musisz już tam zostać. Mężczyzna jednak ma swój honor, nie szczypie nikogo, za to uczucie odwzajemnia stając wybrance na stopie! Ot i zakochana para: ze spuchniętym palcem u nogi i siniakiem na d…
Miejsce słynie również z przyrządzania kurczaka w bambusie co mieliśmy okazję skosztować w drodze na górę. Dla niewtajemniczonych w kuchnie chińską… kurczak dość często oznacza małe, pocięte kawałki łącznie z kośćmi. Nie spodziewaj się lekko przyrumienionej piersi bądź obranego udka. Tu kawałki przeżuwasz i plujesz na stół tym czego zjeść się nie da. Jeszcze parę miesięcy temu omijałem takie potrawy z daleka, teraz jī ròu to jedna z częstych pozycji w moim „menu lanczowym”.
Mimo braku słońca oraz deszczu, który oczyścił by powietrze, widok z góry jest na tyle widowiskowy, iż tylko tarasy ryżowe w Banaue mogą to przebić. Pora wiosenna to nie najlepszy czas na piękną fotografię. Pomimo walorów każdej pory roku to właśnie wrzesień jest najlepszym momentem na wspinaczkę. O lśniących w słońcu półkach wypełnionych wodą mogę jedynie fantazjować spoglądając na ulotkę od przewodnika, nie mniej jednak miejsce było warte spędzenia niemal 50% dnia w autobusie.
Ps. Dzięki Celine ;)

Komentarze: 8 do “Majówka w Guilin i na tarasach ryżowych”
Zostaw komentarz