Mówią, że tereny wzdłuż rzeki Lijiang to jedne z najbardziej malowniczych miejsc w Chinach. Spierać się nie będę bo mnie również powaliło. Czterogodzinny spływ na 70cio kilometrowym odcinku prawie w całości spędziłem na najwyższym pokładzie pstrykając zdjęcia zielonych wzgórz, wyrastających wprost w wody i wpatrując się w przepływające bambusowe tratwy. Widoki absolutnie zdumiewające, ale…
Zaczęło się komicznie kiedy zbłąkanym autobusem przetransportowano nas na „prom” z krzesłami ciasno porozstawianymi jak na stołówce. Już samo miejsce przerzutu wydawało się podejrzane, porównując 3-pokładowe łodzie grzecznie przycumowane do kei, jedna przy drugiej po drugiej stronie brzegu. Tam odbywał się masowy załadunek turystów, my zaś powoli, prosto z lasu, po chyboczącej kładce, balansując walizkami wypełnialiśmy nasz odpicowany kuter.
10 minut później grzęźliśmy już na mieliźnie. Na szczęście pomoc szybko przyszła, więc szkoda czasu na opisy geniuszu naszego kapitana i jego bosmana z kijkiem bambusowym u boku. Zmiana łódki wyszła tylko na dobre; porządna maszyna, więcej pokładów, a do tego prywatna kabina i darmowy lunch. Na ten sam prom trafiła jeszcze para z Izraela, więc bez możliwości ucieczki, na zmianę pozowaliśmy do kolejnych chińskich, rodzinnych albumów. Mimo, iż do tych sesji zdołałem się dawno przyzwyczaić, nadał zastanawiają mnie prośby o wykonanie zdjęcia. W gęstwinie rodaków, z którymi o wiele łatwiej byłoby się skomunikować, wydawało by się ostatecznością zagajanie na migi „obcego”. Czyżby inna jakość?
Dotarliśmy do Yangshuo, a tu kolejna niespodzianka. Mimo braku szczegółowych wieści o naszym przyczółku, mieścina okazała się zupełnie czymś innym niż się spodziewaliśmy. Praktycznie każdy (zainteresowany) mówi tu po angielsku, uliczki to miks komercyjnego wschodu i zachodu: kafejki, bary, puby, restauracje i liczne stragany, gęsto wyściełane przez obcokrajowców. Rzekłbym, iż może trochę zbyt komercyjnie, jednak krajobraz nie daje za wygraną i utrzymuje balans przyciągając amatorów ciężkiego plecaka i górskiej wspinaczki.
Z relacji zapoznanego barmana o imieniu Michał, Yangshuo zapełnia się w zależności od pory roku, święta czy konkretnego dnia. Bywa tłoczno, ponieważ miasto grubym drukiem oznaczone jest w przewodnikach Lonely Planet. Szczególnie amerykanie upodobali sobie ten kawałek Chin, zaraz po tym jak Bill Clinton wraz z rodziną przyjechali tu w 1998 roku.
Mimo wszystko duch Chińskiego miasteczka nie ginie i przejawia się w różnych postaciach. Kuchnia przypominająca mieszankę syczuańskich i tajskich potraw stawia na piedestale lokalny przysmak: piwną rybę. Na straganach można zaopatrzyć się w wino w bambusie, negocjacje ostro zawyżonych cen bywają łatwiejsze zdradzając „szanghajskie pochodzenie”, a przy tym wszystkim kury i woły wydają się być wyraźnie znudzone pobudzonymi przyjezdnymi.
W Yangshuo tydzień to za mało. Miasteczko oferuję spływy po rzece, zwiedzanie jaskiń i taplanie się w błocie, wspinaczkę, wycieczki rowerowe, szlaki górskie, loty balonem, wypady do okolicznych punktów widokowych, a to tylko pakiet podstawowy dla leniwego turysty, który bezpośrednio atakuje liczne biura podróży.
Nam czasu zabrakło i choć cieszę się, iż zdołaliśmy wyskoczyć na przejażdżkę rowerem na Moon Hill (Wzgórze Księżycowe) ostatniego dnia przed wylotem, czuje absolutny niedosyt.


Komentarze: 8 do “Spływ do Yangshuo”
Zostaw komentarz