Podobno każdy expat po pewnym czasie trafia przynajmniej na jedno chińskie wesele. Ci, którzy odpękali swoje na zsyłce mówią, że byli, widzieli i polecają bo to zupełnie coś innego. Nie pozostało nic innego tylko wyprasować koszulę i poćwiczyć przysiady gdyby trzeba było odstawić kaczuchy na parkiecie.
Kiedy data została potwierdzona (czwartek, 18:00) pierwsze co na myśl przyszło to stan samopoczucia następnego dnia w pracy. Już widziałem te toasty, jeden za drugim zalewane do dna chińskim winem pod hasłem „gambei”. I tu rzekłbym trafia się pierwsze (bądź ostatnie) rozczarowanie… ale po kolei.
Kiedy ceremonia się zaczęła, a zaczęła się od krótkiego popisu na fortepianie w wykonaniu Pana Młodego, ja wraz z ochroną już zamkniętego Bank of China spijaliśmy spokojnie ciepłą wodę w oczekiwaniu na kartę połkniętą przez bankomat. Na szczęście flamenco w interpretacji Panny Młodej ujrzeliśmy w ostatniej chwili wpadając na wielką salę balową wypełnioną okrągłymi stołami i wybiegiem jak na pokazie mody. Tu koniecznie zaznaczam, iż pierwsza suknia była koloru czerwonego bo jak się później zorientowałem tylko o ciuch w tej całej imprezie chodziło.
Para młoda znikała na przebierankę 3 razy, czyli właściwie nie uczestniczyli w imprezie. Każdej zmianie stroju towarzyszył krótki pokaz, prezentacja na wybiegu, przemówienie rodziców, balony czy zalewanie szyby niebieskim płynem. Sama ceremonia przekazania obrączek to minutowa scena „solo” (bez księdza, mnicha, pastora czy przyjaciela z licencją do udzielania sakramentów) na tle baniek mydlanych. W tym czasie cała reszta dobrze bawiła się przy stołach pijąc, jedząc i wysyłając smsy z pozdrowieniami, które były wyświetlane na rzutnikach po dwóch stronach sali.
Nasz stolik nie „spożywał”, więc kelner miał ułatwione zadanie, stał przy nas. O jedzeniu nie wiele mogę napisać, gdyż takie okazje zazwyczaj niosą ze sobą przekrój kuchni chińskiej z naciskiem na niezbyt pikantne, szanghajskie potrawy, trochę owoców morza i dodatki.
Ciekawostką był natomiast przydział papierosów na każdy stolik. Dwie paczki „Podwójnego Szczęścia” od razu powędrowały w moim kierunku jako prezent, pamiątka, nie wiem… spróbować trzeba.
Kiedy człowiek się naje, napije i napatrzy na taniec brzucha w tle, ma poczucie, że impreza rozkręca się w dobrym kierunku… i właśnie wtedy, o 21:47 wesele się skończyło. Po wspólnym toaście z parą młodą, goście po prostu się rozeszli, przy okazji zabierając kwiecistą dekorację ze sobą.
Podsumowując zdarzenie (bo inaczej tego nazwać nie potrafię): dwustu gości, gdzie pan młody, jego teść i ja byliśmy najlepiej ubrani, deklasyfikując tych w t-shirtach, przyszło i sycie się najadło. Bitki nie było, tort się nie przewrócił, a o kaczuchach mogłem zapomnieć.
Można tłumaczyć inna kulturą, pochodzeniem, tradycją, ale twierdze, że nikt najzwyczajniej nie dopilnował by zimna wódka na stołach stała ;-)


Komentarze: 7 do “Chińskie weselicho, panie!”
Zostaw komentarz