Aby nie zapomnieć

Dzień 15
Tak aby oficjalnie zakończyć: kolejny dzień na nogach przed wschodem słońca. Sześciogodzinny lot do Hangzhou i nietrafione bilety na pociąg do Szanghaju bo trzeba czekać kolejne 6h na wyjazd. Przehandlowaliśmy je na bilety autobusowe i w 2h trasa pokonana. To był konkretny trip, pozytywne zmęczenie i niezapomniane wrażenia. Wkrótce podsumowania…
Ps. Dopiero przeczytałem wpis, sorry za błędy ;)

Dzień 14
W przewodniku jest napisane: bez bólu głowy z Vang Vieng nie wyjedziesz. Trudno się z tym nie zgodzić. Lokalna Lao Whiskey w butelce po Pepsi czy Lao wino nie do przebrnięcia to idealny przykład. Po kolacji powoli ulice pustoszeją, a syci przenoszą się na balecik na wyspie gdzie na tłocznych, drewnianych podestach lub na hamakach kończą dzień.
Dziś powrót do Vientiene, znane uliczki, obiad i kurs na lotnisko. Lot do Kuala Lumpur i krótki nocleg. Jutro powrót do Szanghaju. Over!

Ciekawostka: Stolec woła jest od krowiego większy pięciokrotnie i stanowi poważne zagrożenie na drodze :)

Dzień 13
Po 5.5 godzinach jazdy pierwsza pięciuset metrowa prosta. Z 6cio godzinnej trasy zrobiła się 8 godzinna męczarnia. Lepszy bus bo nogi mieściły się przed siedzeniem, ale to ta sama droga tylko w dzień. Laos nie posiada autostrad, dróg szybkiego ruchu czy nawet porządnych dwupasmówek… autobus nie przekraczał 40stki zjeżdżając w dol. Od kilkugodzinnego bujania robi się niedobrze.
Dojechaliśmy do Vang Vieng, centrum hedonistycznej rozrywki znanej z tzw. tubingu. 3.5km po rzece w oponie po traktorze. Startujesz z góry i co kilkadziesiąt metrów zgarniają cię do baru. W pakiecie skocznie, zjeżdżalnie, liny nad woda, błotna siatkówka i muzyka. Wszystko w górskiej scenerii. Niesamowite widoki z kontrastowa rozrywka. To smaczek, o którym dowiedziałem się od przypadkowego holendra podczas kolacji w Szanghaju… tu najwyraźniej znany każdemu. Kolejna klimarciarska mieścina z tanim lokum. Na trasie głownie młodzi podróżujący 3-4 miesiąc po Azji. Tutaj alkohol i strumień wodny idą w parze… kac nieunikniony!
Mówią, ze w Vang Vieng trzeba spróbować opium i zjechać na oponie. Na to drugie załapałem się w ostatniej chwili bo „tubę” musisz oddać przed zachodem słońca.
Wieczorem lokale z leżankami pełne, na ekranach albo „Przyjaciele”, albo „Family Guy” … tak na zmianę. Mamy dość lokalnego jedzenia, wiec do gry weszły śmiesznie tanie steaki :) … 13pln za porcję.
Jutro po raz pierwszy podroż o rozsądnej godzinie, a wieczór dopiero się zaczął.

Dzień 12
Trasa do Luang Prabang była koszmarna. 350km serpentynami do wysokości 700m npm… 10,5 godziny! Drogę można porównać do jazdy na grzbiecie słonia, czyli ruch na boki wprost proporcjonalny do przebytej drogi. Chuck zasnąć nie mogła, a moja żona zasypia w warunkach sprzyjającym jedynie komandosom… Do tego w autobusie laotańska muza a’la Budka Suflera wprowadzają w trans.
O 6:30 na miejscu, szybki guest house aby naładować baterie. 2 godziny snu i na miasto.
Luang Prabang urzekło nastrojem. Piękna mieścinka ze stylowymi kolonialnymi domkami, wolna od zgiełku, pełna rowerów i lokalnego handlu bez dotąd doświadczanej w Kambodży i Tajlandii nachalności.
Skuter na pół dnia i trasa 28km do wodospadów. Pozazdrościłem tym co mogli dać nura do wody.
W drodze powrotnej kapeć w oponie 7km od miasta. Ośmio osobowa rodzina z pickupem przyszła z pomocą. Skuter na pakę i do pobliskiej wioski. 9pln wymiana z nową dentką.
Potem świątynie i błądzenie po alejkach pełnych wesołych mnichów. Atmosfera sielankowa, nie chce się wyjeżdżać.
Wieczór na markecie, który powstaje codziennie na głównym stripie zamykając ulicę dla ruchu. Masaż ciała w stylu Lao za 13pln, pobudka o 5 rano :)

Dzień 11
Za dnia Vientiene nabrała życia. Spora liczba kafejek i klimatycznych guest housów. Przez klimatyczne mam na myśli sprzyjające taniej podróży z plecakiem.
Linia brzegowa w budowie, najprawdopodobniej spacerniak, który miał być gotowy już w październiku. Chińscy przyjaciele najwyraźniej nawalili z terminami albo sponsoring nie wypalił, ale tablica stoi.
Skuter za 17pln na dzień. Dwie godziny wystarczą aby zjechać prawie całe miasto wraz z drogami gruntowymi i zwiedzaniem. Asia cyknęła kilka dobrych fotek podczas jazdy. Miasto charakteryzuje się kolonialną architekturą i jednokierunkowymi ulicami. Znaki właściwie tylko w strefie turystycznej.
Jedzenie na razie nie powala, zwłaszcza woda cytrynowa z karaluchem :)
Dziś wieczorem trasa do Luang Prabang, główny przystanek w Laosie. Będziemy na miejscu o 6 rano.

Dzień 10
Opuściliśmy Bangkok, nocne miasto pełne backpakerów, świrów w sukienkach, irytujących chińskich wycieczek, fajnych t-shirtów na marketach, niezapomnianych widoków i kolorowego ulicznego jedzenia. Chociażby dla samego żarcia warto by zostać kolejne dwa dni bo nie sposób wszystkiego zakosztować.
Na koniec zaliczyliśmy Royal Palace, gdzie ubrali mnie w długie spodnie, a Chuck’a w koszulę (szal nie wystarcza). Mimo niesamowitej architektury, militarnych ciekawostek (muszlietów), wiatraki schładzające atmosferę zapamiętam najlepiej.
Nie udało się przeorganizować podróży przez Tajlandię i przeprawę promem do granicy, pozostał bezpośredni lot do Laosu…
Vientiane, stolica kraju to niezła dziura :-) Rzekłbym mała mieścinka dostępna dla turysty z buta.
Dotarliśmy o 21, więc nie było czasu na przebieranie w hostelach. Pierwszy lepszy z przewodnika blisko „centrum”.
Piątkowy wieczór nie przypomina początku weekendu. Kilka rozrzuconych knajpek po ulicach i garstka przyjezdnych. Wszystko inne pozamykane pomijając puste kafejki internetowe.
O 23:30 zamknęli Mex Tex gdzie załapaliśmy się na browar Lao. Klientela dość jednolita: mocno zmęczeni, podstarzali panowie z marynarskimi tatuażami w uściskach młodych „laotanek”. Chwiejnym krokiem po kolei opuścili lokal, wsiadając na skutery ze swoimi zdobyczami. Bez łupu pozostał tylko transwestyta w czerwonej, obcisłej sukience…
Klucz do pokoju nie pasował, drzwi z bagażami zatrzaśnięte. Chłopak z recepcji doszukał się wytrychu. Dobrze, że w pokoju była klima… po kilkunastu minutach mocowania z zamkiem na korytarzu koszulka była mokra. Cicha noc przerywana dźwiękami subwooferów z przejeżdżających aut pod oknem…

Dzień 9
Zaspaliśmy, ale udało się załapać na minibusa do floating market. Pływający targ znajduje się 60km poza Bangkokiem, a nie jak przypuszczałem na głównym kanale. Egzotycznie ale już komercyjnie, mimo stu letniej tradycji sprzedają głownie po turystę.. Doskonała zupa od pani z łódki i kokosowe ciastka. Powrót 13… odsypianie wczorajszego Patpong :-)
Ostatnia noc w mieście, wieczorny transport barką o zachodzie słońca, z drugiej strony nadchodzącą burza.
Bangkok napchany Polakami. Ostatnie podrygi i zakupy na Kaoshan Road. Tajski boks znowu będzie musiał poczekać…
Zamykamy wieczór w hotelowym Sky Bar. Dress code: zero klapek i sandałów, zero szortów, sportowych ciuchów, koszulki tylko z rękawami… dotyczy również dzieci :-) …trudniej się ubrać do baru niż do świątyni.

Dzień 8
Deszczowy wieczór przedłużył biesiadowanie. Litrowy kubełek jak po farbie, pełen margarity za 30pln, pan z gitarą i festiwal pieśni gotowy.
Zmiana meldunku z hostelu na Kaoshan Road na trochę konkretnego luksu po drugiej stronie miasta. Pranie jeszcze nigdy tak nie pachniało ;)
Przeprawa kanałem, farma węży, świątynia Arun, niesamowity leżący Budda w Wat Phta Chetuphon i trochę deszczu.
Noc na Patpong, za 3.5h pobudka!

Dzień 7
10 godzin w podróży do Bangkoku, Tajlandia. Z tego 7h faktycznej jazdy. W połowie przeprawa przez granice na piechotę. Potem przerzut na pace pickupa do punktu odbioru i kolejny autobus. Zepsuł się po 2 godzinach na trasie. Szukając baru zagadałem się z Argentyńczykiem podróżującym 4ty miesiąc do okoła świata. Autobus odjechałby bez nas.
Bangkok przywitał gigantycznym korkiem ulicznym i ulewą. Jesteśmy dzień wcześniej do zakładanego planu. Jeszcze bez mapy i orientacji.
Przypadkowy hostel z polecenia młodego Amerykanina na ulicy.
Łazienka 1m.kw a w tym toaleta, umywalka i prysznic :-)

Dzień 6
Pierwsza długa noc, rano skończyli żałobne modły. Wypad tuk tukiem 40km na północ: wodospad w Kbal Spean, ostatnia świątynia w Banteay Srey. Zachód słońca na Phnom Bakheng (tłoczno) i pożegnanie z Angkor Wat. Małpy przebiegające przez ulicę.
Poza miastem widać prawdziwą biedę. Drewniane szałasy, zwierzęta w lokatorskiej symbiozie z ludźmi, walka o każdego dolara od turysty. Tam gdzie bieda tam i kontrast. Tutejsze „elity” upodobały sobie markę Lexus.
Dzisiaj zjadłem pająka. Dolar za 10 sztuk… deliszys ;-)
Ostatni wieczór w Siem Reap. Córy nocy wychodzą po 24 napastować przechodniów.
Chuck zakupiła hamak (!?!), liczy na teścia i nowe haki na tarasie ;-)
Pobódka za 5h.

Dzień 5
Siem Reap jest zdecydowanie bezpieczniejszym miejscem od stolicy. Nie musisz martwić się o portfel, chyba że w bezpośredniej konfrontacji negocjacji cen. Khmer kombinować potrafi i sprytnie ubarwia historie swoją sytuacją. Łatwo przepłacić, ale nadzwyczajna gościnność i uśmiech łagodzi straty. Nasz rok starszy tuk tuk driver ze zmarszczkami od permanentnego uśmiechu jest inny, pozwala ustalać stawki, jada z nami posiłki na trasie, dużo mówi i tak właśnie „negocjuje” napiwek.
7 rano powrót do Angkor w deszczu, świątynie nabrały posępnego charakteru, intensywna zieleń, zacieki i ciemne kamienie. Muszę przestać pstrykać zdjęcia!
Nieletnia przy świątyni rzuca hasłem:
– Do zobaczenia jak będziesz bez żony.
Dzieciaki są nadwyraz cwane i mają odpowiedz na wszystko. Mówią po angielsku, chińsku, japońsku, liczą po polsku, niemiecku i rosyjsku. Znają stolice świata by zaimponować turystom. Sterowane przez własnych rodziców.
Wieczorem tradycyjnie. Chuck zasmakowała w Thomb Rider drink zainicjowanym przez Angelinę w Piano Bar.
Dwie noce temu zaczęła się biała żałoba obok nas, modły w głosnikach od 4 rano do 2 rano następnego dnia.

Dzien 4
Wczoraj dotarlismy do Siem Reap. 6cio godzinna podroz autobusem z Phnom Penh. Obrazy za oknem nie pozwalaja spac. Material fotograficzny ucieka mi przez palce: woly studzace sie w blocie, spiaca kobieta na dachu kabiny mknacej ciezarowki, czterech mundurowych na jednym skuterze. Mam wrazenie, ze dwie osoby na dwusladzie to marnotrastwo miejsca.
W Siem Reap spotkalem firmowego kienta z Szanghaju… browar.
Dzis na nogach o 4:30 i pogon za wschodem slonca w Angkor Wat. Wreszcie w Angkor. Powalacjace widoki i budowle. Najbardziej niespotykane i zlozone konstrukcje jakie dotad mialem okazje ogladac. Sceny znane z Thomb Ridera, chyba czas odswiezyc film :) Z drzewa spal kokos, 10cm od japonskiej turystki.
Po 8 godzinach wedrowki odpoczynek w hostelu, znowu sie udalo z miejscowka. Chuck spi.
Ciezko z internetem, wifi tylko w knajpach niekoniecznie dzialajacy i jeden pecet w Babel Hostel. Wieczor na Pub Street.

Dzień 2
Na nogach od 4. Wczorajsza trasa z lotniska za złotówkę dziś kosztowała 25pln. 8:00 Phnom Penh, stolica Kambodży to krótki przystanek na trasie. Znajomy kwaśny zapach gnijącego pożywienia jak w Wietnamie. Tradycyjna architektura intryguje, inna niż dotychczas, sztuka zdobienia dopracowana w detalu.
Zaliczyliśmy Golden Palace i masowe mogiły minionej rewolucji, żniwo Pol Pota… kolejne czaszki.
Na mieście kulinaria: kambodżańska zupa z pomidorem, trawą cytrynową, kurczakiem i ananasem, piwo Angkor. Co chwila interesant. W ofercie książka w zestawie z marichuaną lub opium. W hostelu Tony Montana pyta:
– Kriss bracie, lubisz strzelać? Masz ochotę postrzelać z bazooki do krów?
Hostelworld.com sprawdza się wyśmienicie. Pokój bez okna, ostatni dostępny, atmosfera na jaką liczyłem.
W nocy miasto licznych barów i pokus, szczury i jaszczurki mają swoją ucztę. Tuk tuk co krok, opędzić się nie można, uśmiechy na twarzach, łatwiej płacić za wszystko w dolarach niż w lokalnej walucie. Jutro kolejny odcinek podróży.

Dzień 1
5 rano, 3 godziny snu. Oktoberfest z firmą dnia poprzedniego udany. Wciąż wydaje mi się, że plan „zahacze o jeden browar i pojadę się spakować” przejdzie. Potem tańczysz na stole do dźwięków „sweet home Alabama” i sprawy nabierają innego obrotu. Chińczyk to imprezowa bestia tylko nie potrzebuje tyle płynów do zabawy. Bayer Full ma rację, „Chińczyk i Polak to jedna rodzina”, przynajmniej jak Polak pije ;-)
Cały dzień w podróży, inaczej poukładać się nie dało. Pociąg do Hangzhou z rana, lot po południu. 19:10 Kuala Lumpur, Malezja. Znane tereny: ten sam nocleg, to samo rondo. Baranina i drób w przydrożnym barze rozpływa się w ustach. W TV „transporter 3”, Jason Stateham wylądował Audi na rozpędzonym pociągu. Chuck pyta czy to możliwe… czas spać. Za 6h kolejny lot.

Napisane przez:

komentarzy 14 do “Aby nie zapomnieć”

  1. Wrzesień 23, 2010 o godz. 4:01 pm, Jarr pisze:

    Czy kierowcą autobusu był ten sam zblazowany Pan, co podczas ostatniego wypadu?

    W Transporter 2 skakał między budynkami i Audi nawet się nie zarysowało. Muszę chyba zmienić preferencję, co do auta. Mój Chuck na szczęście nie pytał, czy to możliwe ;)

  2. Wrzesień 24, 2010 o godz. 1:07 am, Kriss pisze:

    Dokładnie ten sam :-) rzekłbym, że dopracował styl.

  3. Wrzesień 28, 2010 o godz. 2:40 am, teść pisze:

    cześć Chuck :)jakie haki maja być do hamaka?
    synu jak smakował pająk? :) co zrobiłeś z jadem??? :))))

  4. Wrzesień 28, 2010 o godz. 7:52 am, Kriss pisze:

    Chuck: haki nie za mocne aby jedną wagę utrzymały. Wtedy odpuszczę rezerwację leżaka ;-)
    Syn: pająk jak kurczak, w kokonie trochę gumiasty. Jadu użylem jako sosu ;-)

  5. Wrzesień 28, 2010 o godz. 1:52 pm, sis pisze:

    Chuck: wiedziałam,że ten hamak to spisek przeciwko tym,którzy maja teraz większą szanse na rezerwacje leżaka ;)))))))
    brat: nie mogę doczekać się wpisów z Waszej podróży :)

  6. Wrzesień 28, 2010 o godz. 3:27 pm, Jarr pisze:

    Pająk, to brzmi dumnie. Mam nadzieję, że Chuck pstryknął Ci fotkę jak go szamałeś, żeby było potwierdzenie. Co do hamaka, doskonałe miejsce dla małego Chucka ;)

  7. Wrzesień 28, 2010 o godz. 8:07 pm, Kriss pisze:

    Jest nawet video z szamania.

  8. Wrzesień 28, 2010 o godz. 9:07 pm, Jarr pisze:

    Bardzo Was zlało w Bangkoku? U nas od wczoraj leje i znów podtopiło Słowaka.

  9. Wrzesień 29, 2010 o godz. 2:46 am, Kriss pisze:

    Nie bardzo, rozladowania na niebie i konkretny strumień, ale pod daszkiem z piwkiem przyjemnie patrzeć :)

  10. Październik 1, 2010 o godz. 1:05 am, Jarr pisze:

    Bajka, węże i floating market ;) Banany za 10 bathów i zupa, pewnie za podobną cenę.

    Wstydzisz się Polaków?

  11. Październik 1, 2010 o godz. 8:19 pm, Kriss pisze:

    Zupa za 30 bathow… banany podobnie, ale nadal tanio.
    Czy wstydzę się Polaków??? Skąd to pytanie?

  12. Październik 5, 2010 o godz. 4:02 pm, Jarr pisze:

    Zabrałeś do bagażu jakąś Lao Whiskey, aby za jakiś czas przypomnieć sobie jej smak i ból głowy następnego dnia?

  13. Październik 6, 2010 o godz. 6:47 am, Kriss pisze:

    Jasne :-) Tylko buteleczki trochę popusciły w torbie, więc cały bagaż ma aromat tamtego wieczoru.

  14. Październik 6, 2010 o godz. 4:17 pm, Jarr pisze:

    Nie pierz tego, zostaw ten zapach dla potomnych!!!

Zostaw komentarz