Na początek Kambodża

W Phnom Penh (czyt. Pnom Pen) zatrzymaliśmy się tylko przejazdem. Właściwie na dwa dni, ale w urlopowej gorączce zapomnieliśmy zostać na drugą noc. Jak się później okaże skrócony pobyt w stolicy Kambodży dostarczy nam więcej wrażeń w Bangkoku.

Miasto można przyrównać do Sajgonu… zapachem, architekturą, uliczkami i straganami. Pierwsze wyjście z hostelu wyglądało niemal identycznie jak w Wietnamie. W lewo ku rzece Mekong, promenada, promy wycieczkowe, po drugiej stronie ulicy knajpki kuszą smakiem. Bez większego planu, zgarnięci przez przypadkowego tuk tuk drivera ruszyliśmy na Pola Śmierci w Choeung Ek.

Pol Pot i jego banda Khmer Rouge z dowództwem szeroko wyedukowanym na paryskich uniwersytetach w 4 lata doprowadziła do śmierci blisko 25% populacji Kambodży.
Pola Śmierci to masowy grób setek ofiar reżimu Czerwonych Khmerów. Zarówno dorosłych jak i dzieci, których pozbywano się w bezlitosny sposób głównie ze względu na obawy przed późniejszą zemstą.
Jak później doczytałem, zyski z miejsc upamiętniających te zbrodnie w dużej mierze czerpią uczestnicy ówczesnych zbrodni.

Populacja Kambodży to niecałe 14mln ludzi często z minimalnymi warunkami do życia. Granice dla turysty otwarto w 1986 roku jednak nasilenie przyszło zaraz po sukcesie filmu Tomb Rider ze scenami w świątyni Angkor Wat i mieście Angkor Thom. Jednodniowy wjazd to 20$, trzy dni 40$. Wyjątkowość budowli nadaje ich historia ewolucji od panteonu bogów, hinduizm aż po buddyzm. Tym miejscem byłem absolutnie oczarowany mimo faktu, iż świątynie różnych wyznań wychodzą mi już bokiem po ostatnich eskapadach. Tu jest inaczej, natura pochłaniająca zabytki pozbawia ich sterylności i podkreśla wyjątkowy styl architektoniczny pokryty mchem i korzeniami drzew.

Bazę wypadową do Angkor robisz w Siem Reap, położonym 7km na południe od kompleksu zabytków. Najłatwiej zwiedzać wynajmując tuk tuka na cały dzień, każdy w mieście Ci to zaproponuje.
Zatrzymaliśmy się w Domu Gościnnym u Włocha i Hiszpana. Jest poza sezonem, mało gości, zaadaptowana willa z ogródkiem praktycznie dla nas. Obsługa na nasz widok za każdym razem donośnie reagowała „Hello Krisssss!”. Nie sposób przemknąć niezauważalnie na pięterko bez zdania relacji pracownikom z minionego dnia.
Do centrum 1.5km za dolara tuk tukiem. Tu wszystko liczą w dolarach, kambodżańska waluta jest tylko problemem bo nigdzie później nie można jej wymienić i nigdy nie mają wydać reszty :) Biznes oparty jest tylko na turystach od wschodu do zachodu słońca. 10 lat temu stały tu 4 hotele, teraz jest 40. Standard zależy tylko od Ciebie a i tak najlepsze dzieje się na mieście.

Kuchnia Khmerów przy pierwszym podejściu przypomina kuchnię tajską, nie jest jednak przesadnie pikantna, a raczej bogatsza w egzotyczne przyprawy. Podstawa to nadal trawa cytrynowa, cukier palmowy, cytrusowa paleta smaków, wszystko sprytnie ubrane w liście bananowca. Mi osobiście do gustu przydały świeże spring rolls’y z krewetkami… najzwyczajniej „sajgonki”.
Lokalnym, ulicznym przysmakiem Khmerów północy w okolicach Angkor są pasikoniki i wodne karaluchy, więc o pająka wcale nie było łatwo :) Po takim delikatesie czuję się zwolniony z dalszych wyzwań… chociaż w Bangkoku czekały skorpiony.

Kambodżę nie sposób opisać w takim skrócie: rodziny w drewnianych chatkach, otaczająca zieleń zmieniająca nasycenie o różnej porze dnia, dzieciaki sznureczkiem wracające ze szkół w mundurkach skrajem drogi, wychudzone bydło, bieda i nocne żebranie nieletnich, które spotkało i mnie, a przerodziło się w rozpacz i napad złości. Póki nie posadzisz dzieciaka przed miską jedzenia, nie dowiesz się na co idą pieniądze, nawet jak prosi o zakup mleka w proszku dla młodszej siostry. Czasem okazuje się, że pudełko jest ważniejsze niż zawartość. Przed półkami sklepowymi, cholernie dobrze zaopatrzonymi w ów mleko możesz spotkać masę „złowionych” dobrodusznych, zastanawiających się czy czynią prawidłowo.

Nie wyobrażam sobie tego miejsca za 10 lat, ale na pewno będzie zupełnie inaczej. Mieszkańcy szybko uczą się technik turystycznego biznesu i jeszcze szybciej poznają wartość swoich usług. O dziwo turystyczna Kambodża nie jest wcale tania, jak najbardziej utrzymuje poziom finansowej satysfakcji, ale nie tego spodziewasz się po najbiedniejszym kraju Azji. Cena dla obcokrajowca i lokalesa oczywiście jest inna i za bardzo się z tym nie kryją, ale nadrabiają naszą stratę uśmiechem i życzliwością.

To chyba zapamiętam najlepiej … uśmiech i wdzięczność za zainteresowanie ojczyzną Khmerów.

Jęśli chcesz to sprawdzić osobiście, zrób to tuk tukiem pana Sithat’a:
tel: 092572615; email: st_angkor@yahoo.com
Na priv podam promocyjne ceny i hasło, które pomoże w negocjacji ;)

Napisane przez:

komentarzy 13 do “Na początek Kambodża”

  1. Październik 14, 2010 o godz. 12:44 am, B. pisze:

    Przyznam się, że najpierw obejrzałem film i zdjęcia, no i oczywiście największe wrażenie zrobiła na mnie świątynia/miasto w środku dżungli(choć seria na ławeczce też budzi respekt, he,he). Lektura wpisu pozwala przypuszczać, że w rzeczywistości wygląda to jeszcze bardziej ekscytująco, zatem wbijam szpilkę w mapę, oznaczając cel do zdobycia(w bliższej lub dalszej przyszłości).
    Aha, po 2615 poczułem pragnienie, więc spadam do żabki, bo w lodówce niestety braki w tym względzie;)

  2. Październik 14, 2010 o godz. 1:02 pm, Sophia D King pisze:

    Niepowtarzalne wakacje i niesamowite zdjecia. Thank you for sharing. Love, Sophia

  3. Październik 14, 2010 o godz. 1:51 pm, Kriss pisze:

    @B: Seria na ławeczce… idziesz oglądać wodospad w dżungli a tu ławeczka ze kamieniami na sztandze… no i jak tu się nie sprawdzić. Mój sekundant powiedział, że tam jest 100kg :)), więc z początku miałem obawy czy się przymierzyć.
    Angkor, dobry browar ;)
    @Sophia: Dzięki. Dobrze, że spisane w minimalnym stopniu bo tyle się działo, że powoli z głowy wypada. Pozdrowienia.

  4. Październik 14, 2010 o godz. 4:47 pm, Jarr pisze:

    Wolałbym tego pająka od masażu stóp za pomocą rybek ;)
    Na ławeczce poczułeś się chyba jak Fred Flinstone?

  5. Październik 14, 2010 o godz. 5:11 pm, kriss pisze:

    Dokładnie, takie było moje pierwsze wrażenie. Kamienie jak z kreskówki ;)

  6. Październik 15, 2010 o godz. 5:40 am, B. pisze:

    A nie korciło Cię, żeby w tej świątyni/mieście nakręcić kilka scen a’la horror, thriller? Nasunęło mi się takie skojarzenie jak zobaczyłem Cię wyskakującego na chwilę w korytarzu pomiędzy kolumnami i później jak nagrywałeś w marszu i Chuck mignął w kadrze, niezły „klimat” można było tam poczuć:)

  7. Październik 15, 2010 o godz. 9:40 am, kriss pisze:

    Coś tam przez czerep przeleciało, ale wiesz jak to jest kiedy genialny pomysł mierzy się ze spojrzeniem „operatora pomocnika” co patrzy na Ciebie jak na durnia :))

  8. Październik 16, 2010 o godz. 4:03 am, B. pisze:

    No właśnie, aż żal bierze ile genialnych pomysłów przepadło przez spojrzenia „operatora pomocnika”
    (a każdy z nas ma doświadczenia ze swoim operatorem pomocnikiem;))
    A swoją drogą, gdzie się naucza takich spojrzeń? Myślisz, że jest jakaś tajna, podziemna organizacja zajmująca się szkoleniem w tym zakresie?;)
    Z drugiej strony bez tych spojrzeń czegoś by brakowało, tak mi się wydaje przynajmniej:)

  9. Październik 16, 2010 o godz. 6:19 pm, em pisze:

    ŚWIETNE !vimeo i foto,dzięki za podróż.Zostaje w mej głowie wyprawa do Światyń no i rozkosz dla zmęczonych stóp.Pozdrawiam.

  10. Październik 16, 2010 o godz. 7:34 pm, josp pisze:

    Kriss a może zmiana pracy?
    http://www.pracuj.pl/praca/praca-marzen-warszawa,oferta,1814755

    Pzdr!

  11. Październik 18, 2010 o godz. 11:49 am, kriss pisze:

    @B: tak, jest takie stowarzyszenie feministyczno-masońskie, radykalny odłam, rzekłbym bojówki werbujące w wieku przedszkolnym. Grubsza sprawa, nie na komentarz ;)
    @em: vimeo trochę słabe, irytująca zabawa pierścieniem ostrości i te drgania, ale mam nadzieje, że odrobina klimatu pozostała.
    @josp: w wymaganiach „poczucie humoru oraz wysoka kultura osobista” eliminuje mnie z listy kandydatów. pzdr… o sha już zapomniałeś?

  12. Październik 25, 2010 o godz. 12:24 am, josp pisze:

    Wciąż o was pamiętam – nie martw sie :) Daj znać jak będziecie w Polsce. Kiedy w ogóle wracacie? Chętnie bym was odwiedził ale jeszcze metro szanghajskie tutaj niedojezdza…
    Aha i tak awansem – wszystkiego najlepszego!!!

  13. Październik 25, 2010 o godz. 10:50 am, Kriss pisze:

    Dzięki :-)
    Jak nie metro szanghajskie to, kolej transsyberyjska ;) Jeszcze nie wracamy, smakuje nam chińszczyzna.

Zostaw komentarz