72 godziny Bangkoku

Przeprawa z Siem Reap do Bangkoku trwała 10 godzin, sześć w trasie, dwie i pół na pieszej przeprawie przez granicę i półtorej na naprawianiu ośki w autobusie. Pod granicą wysadzają Cię z autokaru przylepiając żółtą nalepkę na ramię, łącznik czeka po drugiej stronie. Jak się przeprawisz, ładują Cię na pakę pickupa i zawożą do punktu odbioru. Tam nie mając zbyt wielkiej opcji stołujesz się w barze czekając na spóźniający się transport…

W podróży pękł metalowy element w tylnej ośce, zahaczyliśmy o mechanika w centrum niczego. Mechanik po brakującą część pojechał do wsi, więc wydawałoby się, że zostaniemy w czarnej dziurze na dłużej…

Jestem czwarty miesiąc w podróży i planuje objechać świat – zagaił pięćdziesięcioletni Argentyńczyk szukając ze mną zmrożonej coli w okolicy – a Ty?
Siódmy dzień… – odpowiedziałem, a przecież mogłem rzec pierwszy miesiąc :)
To był przedstawiciel grupy charakteryzującej się większymi kohones, rzucających pracę przy odmowie o dłuższy urlop. Azja jest pełna takich ludzi. Wsiąknęliśmy w rozmowę kiedy wypłynął temat Szanghaju. Nie jest na jego szlaku, ale nie wiele trzeba by do tego miasta przekonać… być może jeszcze się spotkamy. Przed nim 8 miesięcy w trasie.
Autobus ruszył, ale kierowcy najwidoczniej brakowało dwóch pasażerów. 20bathów w kieszeni i komórka bez roamingu motywuje to sprintu. Wizyta w Tajlandii mogła rozpocząć się podobnie jak dla pary Chinek, które zostawiliśmy już na granicy.

Do Bangkoku wjechaliśmy w ciemno i bez planu. Hotel zarezerwowany, ale od dnia następnego, tej nocy trzeba było coś znaleźć. Autobus wyrzucił nas nieopodal Khaosan Road, tam gdzie dzieję się wszystko. Hostel 10 metrów od uliczki pełnej muzyki na żywo, restauracji, straganów z t-shirtami, prażonych skorpionów i naganiaczy na ping pong sex show.
Po nocy pełnej wrażeń nie chcieliśmy opuszczać ciasnego pokoju, ale rezerwacja czekała, a przeprawa kanałem pomogła o ustaleniu późniejszych punktów zwiedzania.

Na ulicach dużo „pomocnych” próbujących wmówić, że to czy tamto jest dzisiaj zamknięte aby zwabić do swojego małego punktu sprzedaży. Do tego upał i wieczorna punktualna burza.
Przemieszczać można się różnie, ale Tuk Tuk zapewnia najwięcej emocji. Połowa kierowców wyciska z silniczka ile wlezie, kombinując po uliczkach aby nie trafić na korek. Bez targowania ceny się nie obejdzie, ale za 100 bathów robiliśmy 3/4 miasta, a można zejść niżej. Ci co proponują przejażdżkę za 10 finalnie wycisną z Ciebie dziesięć razy tyle, więc omijaj okazje i łap tych z dala od turystycznych alejek.
Dobrze jest od czasu do czasu skorzystać z wodnego tramwaju za 14bathów, bądź takiego co najzwyczajniej przerzuci Cię na drugi brzeg za 3. Transport potraktowaliśmy jako element zwiedzania. Biorąc taksówkę nie poczujesz esencji miasta chociaż zaparzenie pożądanego wywaru z pewnością zajmuje więcej niż 72 godziny.

Mimo wielu ciekawych zabytków, straganów na wodzie i zatłoczonych uliczek, to miasto to centrum nocnych zabaw i barwnych przysmaków. Bangkok jest jak ta dobrze przyrządzona zupa, którą możesz skonsumować na rogu ulicy. Sam ją komponujesz i doprawiasz. Możesz spróbować w bogatej zastawie lub w plastikowej misce, łatwo się zapomnieć, a jeszcze łatwiej przesadzić.
Nocne kluby i pokręcony sex show na Patpong komponuje się ze straganami dla turystów. Każdy pragnie kawałek twojego portfela licząc, że zostawiłeś swoje morale gdzieś poza granicami Tajlandii.
Nie zachłysnąłem się Bangkokiem, czułem jak będzie, a było wyczerpująco :)

Taki Bangkok miał być i taki był.

Napisane przez:

komentarzy 7 do “72 godziny Bangkoku”

  1. Październik 21, 2010 o godz. 7:00 pm, Jarr pisze:

    Brakuje fotek z hotelu i Ping-Pong Sexshow, wstydzisz się, czy nie zrobiłeś?
    Reszta całkiem si :)

  2. Październik 21, 2010 o godz. 7:38 pm, Kriss pisze:

    A po co fotki z hotelu? Trochę prywaty panie! ;-) Zakaz fotografowania ping-pong. Nie żebyśmy byli, tak mówią ;-)

  3. Październik 22, 2010 o godz. 8:22 pm, Patrycja pisze:

    PRZE-PIĘ-KNIE !!! Podczas oglądania filmu poczułam tę knajpę i deszcz, zdjęcia bomba. Przez Waszą podróż odnalazłam swoje miejsce na starość. Pojadę tam i będę tą panią z 2876 :)

  4. Październik 25, 2010 o godz. 10:46 am, Kriss pisze:

    Prawda, pani na fotce reprezentuje idealny plan emerytalny. Mam nadzieję, że na jej łódce znajdzie się więcej miejsca.
    BTW. W sobotę widzieliśmy Twojego sobowtóra… i miała też twoje ciuchy ;)

  5. Październik 25, 2010 o godz. 7:27 pm, em pisze:

    Na plan emerytalny w Bankoku się nie „dopisuję”choć pani z 2876 jest klasą.Wolę klimaty z 2835 i polskie ciągoty z 2836 więc miejsca na czas-kiedy to przestaje się chcieć-będę dalej wyglądać podróżując z ShW- for the future i chwała Tego,którego imienia nie należy wymawiać.Foto 2887 i 2888 przypominają mi stare kiczowate pocztówki które dostawaliśmy od bliskich,których to paszporty zostawały uwalniane na czas określony-świetne cofnięcie w czasie:)Pozdrawiam Naczelnego i Ch.N.vel lovely wife- Naczelną i Wiodącą fotomodelkę/2889 i 2905/beauty!

  6. Październik 26, 2010 o godz. 9:47 am, Kriss pisze:

    Coś w tym jest, że krajobrazy na pocztówkach wydają się być kiczowate, a na żywo walą po kolanach. Pozdrawiam ;)

  7. Listopad 18, 2010 o godz. 9:53 pm, Matka Polki pisze:

    a mnie zachwyca cos jeszcze – garderoba lovely wife ;)

Zostaw komentarz