Inne Chiny, Tajpej wieczorem

Pierwszy punkt wycieczki po przylocie i instalacji w hotelu to Taipei 101. Łatwy do zlokalizowania na mapie metra i chcąc nie chcąc stanowił główną atrakcje do odhaczenia zanim zorientowaliśmy się w opcjach miasta. Ten wyjazd nie należał do skrupulatnie zaplanowanych, odbywał się raczej pod hasłem: „przyjedziemy, zobaczymy”, stąd przypadkowość oraz chaos na szlaku.

Najciekawsze ciekawostki w Taipei 101 to winda, która podróżuje z prędkością 60 km/h i 660 tonowy stabilizator na czubku wieży, o którym więcej chociażby na stronach wiki. Reszta na piętrze obserwatorium nie imponuje. Wyłożone dywanem wnętrze zostało tak zaprojektowane abyś przypadkiem o pamiątkach nie zapomniał, a płaska sceneria za szybami w nocy nie robi piorunującego wrażenia. Zapewne przez niewidoczne wzgórza i zieleń wokół miasta. Centrum sklepowe na dole to co innego, ale ja się nie znam i tylko po Chuck’u powtarzam, że lux i wypas.

Jak standardowo na okres noworoczny przypada ulice bywają nieco pustawe i tylko na splotach linii metra można odczuć moc POP-ulacji. Zasada jednak nie obowiązuje na nocnych marketach, których sporo w Tajpej.

Zaczynając od najstarszego, Shilin Night Market z ponad stuletnią tradycją, a kończąc na „alei węży” koło świątyni Lungshan, zapełniają się masami wygłodniałych tułaczy.
Wybór jest tak szeroki, że z głodu paść można podczas samego podejmowania decyzji. Przesuwając się w tłumie ciasnymi uliczkami z prędkością otępiałej krewetki zapragnęliśmy kąta z siedziskami. Padło na lokum gdzie stołki wyrastały nie wiele ponad 30cm nad ziemi, więc kolanami można było podpierać głowę. Każdy dostaje własny mini palnik i operuje zestawem: misa z zupą i mięsiwo na rozgrzanym talerzu. Satysfakcja kulinarna to kwintesencja dobrego marketu!

Niestety do Kungguan uczęszczanego przez studentów nie dotarliśmy z braku czasu, a szkoda bo ten rejon szczyci się nieco tańszą wieczorną rozrywką.

Na koniec świątynia Lungshan, do której trafiliśmy w idealnym momencie. Wessani przez celebrujących nowy rok wiernych dotarliśmy przed sam ołtarz, gdzie uciąłem krótką pogawędkę ze starszym panem. Gdyby nie interwencja jego córki, rozstalibyśmy się w zupełnie różnych nastrojach: On – ugościłem przybysza w świątyni – Ja – obrażam jego religię swoim „foto-zachowaniem”… a wszystko przez jedno źle dobrane słowo.

Napisane przez:

komentarzy 7 do “Inne Chiny, Tajpej wieczorem”

  1. Marzec 23, 2011 o godz. 5:19 pm, sis pisze:

    co było w tych czerwonych workach???

  2. Marzec 23, 2011 o godz. 5:23 pm, Kriss pisze:

    ptaszki

  3. Marzec 24, 2011 o godz. 2:42 am, sis pisze:

    czy na zdjeciu 3271 obok piwa to przekąska? bo wyglada podejrzanie…

  4. Marzec 24, 2011 o godz. 2:44 am, sis pisze:

    czy na zdjęciu 3271 obok piwa to przekąska???wyglada dość dziwnie…

  5. Marzec 25, 2011 o godz. 12:44 pm, Kriss pisze:

    sosik :)

  6. Marzec 27, 2011 o godz. 4:25 am, B. pisze:

    Pojechałeś podprogowo, niby niewiele w tekście o jedzeniu, za to film i zdjęcia sprawiły, że ślinianki pracują pełną parą, a w lodówce takich rarytasów jak na fotach brak ;)
    Napiszesz coś więcej na temat nieporozumienia z „foto-zachowaniem”? Cóż to za źle dobrane słowo?

  7. Kwiecień 1, 2011 o godz. 10:52 pm, Kriss pisze:

    Zamiast „Do you think it’s fascinating?” zapytał „Do you think it’s funny?” :-)

Zostaw komentarz