Kunming, miasto wiecznej wiosny

4:30 rano w sobotę i opóźniony lot to nie najlepszy start. Pierwszy raz liniami Spring Airlines, zapewne nie ostatni, z pewnością niezapomniany…

Steward w locie chwycił za mikrofon i rozpoczął nawiązywać kontakt z pasażerami. Od instruktażu rozciągania nadgarstków, ostukiwania ramion, poklaskiwania, masowania skroni i uszu, który naśladował cały samolot, przeszliśmy do omawiania punkt po punkcie gadżetów z pokładowego katalogu.

Głośnik wisiał nad każdym pasażerem, więc nawet stopery nie pomagały. Po 45min nieprzerwanego słowotoku, 5cio sekundowa przerwa wydawała się zbawienną ciszą. Szatan marketingu gwałcił mój umysł, a Chuck z klapkami na uszach i dmuchaną poduszką oddawała się pieszczotom Morfeusza, nie zdając sobie sprawy z umykających promocji!

Kiedy steward kończył pranie mózgu, zakup miniaturowego Airbus’a A380 miało coraz większy sens. Czterdziestu innych pasażerów też tak pomyślało i wnet przez długość kadłuba przeleciał wózeczek z pamiątkami. Sprzedano chyba wszystkie modele, do tego klika elektrycznych zestawów do golenia i kilka suszarek do włosów. Gdyby nie zapuchnięte oczy, gały wypadły by mi ze zdumienia.

Po wylądowaniu, przyszło kolejne zdziwienie. Pasażerowie nie rzucili się do wyjścia jak się tylko samolot zatrzymał co w Chinach daje do myślenia. Dobudziłem niezbyt zadowoloną Chinkę obok i nie wiele brakowało abyśmy wysiedli na przystanku w połowie trasy. Kilka osób wysiadło, a kilka wsiadło. Wiesz… przystanek! Do celu dotarliśmy po 5ciu godzinach, a miały być 3.

Wybraliśmy Kunming w prowincji Yunnan dzięki opowieściom mojego szefa, który narodził się tutaj ponownie jako Chińczyk parę lat temu. Miasto podobno ma w sobie pewien luz i spokojne tempo życia, co niejednego przejezdnego zatrzymało na dłużej i to właśnie chcieliśmy sprawdzić.

Kunming samo w sobie specjalnie piękne nie jest, choć zielenią i zróżnicowaniem terenu wyróżnia się spośród standardowych, szarych i płaskich chińskich miast. Mieści się 2000m n.p.m i otoczone jest górami z każdej strony. Nie wiele czasu trzeba aby wydostać się z miasta aby podziwiać ośnieżone szczyty górskie.

Centrum składa się z kilku punktów lokalnych rozrywek: Green Lake gdzie w weekendy starszyzna gra w cricketa, reszta bierze udział w przedziwnych pokazach tanecznych lub po prostu odpoczywa; okolice hostelu The Hump z muzyką na żywo; jezioro Dianchi gdzie można przyciąć komara na trawie czy wieczorne miks ulicznego jedzenia i techno klubów nieopodal Kundu Night Market.

Nam do gustu przypadła Wenlin Lu niedaleko hostelu. Mieszanka chińskich restauracyjek i zachodnich lokali gdzie możesz skosztować czeskiego piwa oraz tradycyjnych yunnańskich przysmaków. Gdyby ktoś mnie zapytał jak smakuje Kunming, odpowiedział bym: jak kozi ser, idealnie podsmażony z dodatkiem soli i przypraw. Tak właśnie zapamiętam lokalną kuchnię.

Aby doświadczyć tego miasta trzeba jednak więcej niż miejsc turystycznych czy kulinariów. Warto przejść się po kampusie uniwersyteckim, który odgrywa ważną rolę w życiu zatraconych przejezdnych – tu się uczą lub pracują jako nauczyciele. Tu przeżywają stan zawieszenia.

55-cio letni nauczyciel Chemii z wytartym plecakiem, który jeszcze nie dawno latał awionetką z księdzem-pilotem w głąb Kenii, sączył kolejne plany popijając piwo Deli w barze The Hump.
– Rok tutaj wystarczy – powiedział. – Wszystkim wystarcza. Teraz ruszę na Filipiny, potem Indonezja. Nie chcę mieć pięknego ogrodu, chcę pięknych wspomnień – dodał.

Kunming to też niespodzianki. Ciepła woda nagrzewana na dachach słońcem, chińskie małżeństwo artystów malarzy wspominające Kieślowskiego i pytające o relacje polsko-niemieckie, plakietki w toaletach barowych z napisem „Zakaz srania!” i historie szefa o tym jak na spotkanie z przyjaciółmi chodziło się z rolką papieru bo zazwyczaj nie było go w punktach publicznych.

Mógłbym pisać dalej, zwłaszcza o tych historiach, których nasłuchałem się sporo. Warto byłoby je zebrać bo tam życie toczy się innym torem, takim węższym gdzie kolej nie może za bardzo się rozpędzić. Jak jeszcze się nie zorientowałeś… podobało mi się. Odnalazłem ten luz, który wisiał w powietrzu.

Napisane przez:

komentarzy 7 do “Kunming, miasto wiecznej wiosny”

  1. Kwiecień 7, 2011 o godz. 3:37 pm, sis pisze:

    czy jest miejsce, w ktorym oni nie tańczą? :)))))

  2. Kwiecień 7, 2011 o godz. 6:31 pm, Matka Polki pisze:

    Bulgarikusy faktycznie z Chin pochodzą, bo nawet horo, ichni taniec wyglada bardzo podobnie

  3. Kwiecień 7, 2011 o godz. 6:39 pm, Jarr pisze:

    Miła odskocznia od wiecznie zatłoczonego i żyjącego 24h SHA. Kaligrafia na full wypas ;)

  4. Kwiecień 7, 2011 o godz. 6:43 pm, Kriss pisze:

    @sis: pewnie w domu nie tańczą :)
    @Matka Polki: a widzisz coś w tym jest
    @Jarr: fajnie sobie pod nosem mruczał, ciekaw jestem czy to technika czy część performance’u :)

  5. Kwiecień 11, 2011 o godz. 2:05 pm, YLK pisze:

    Kunming ma swoja atmosfere, jak kazde chinskie miasto – i mam wrazenie, ze kazde wydaje sie zrelaksowane w porownaniu z Szanghajem. Im mniejsze, tym wolniejsze, nawet arcy-bogate Wenzhou wydaje sie oaza spokoju.
    Moja sugestia – starajcie sie unikac miast i utartych szlakow, nawet w relatywnie znanych miejscach znajdziecie oazy spokoju i ciszy.
    Swietny opis Spring Airlines – tez nimi lecialem (do Sanya) i rowniez pamietam gimnastyke i sprzedaz modeli samolotow oraz jedzenia – bo to tania linia i nie ma go w ramach biletu. Na szczescie daja butelke wody…
    Nie wiem, czy slyszales, ale Spring wystapil o pozwolenie na modyfikacje siedzen w samolotach – obecne tradycyjne maja byc zamienione na takie polsiedzace-polstojace (jak wysokie stolki w barach) – byleby tylko wiecej ludzi wsadzic…

  6. Kwiecień 12, 2011 o godz. 11:57 pm, Kriss pisze:

    O stołkach barowych nie słyszałem, ale wiem, że były planowane loty na stojąco, więc już się nie dziwie :)
    Co do szlaków, obawiam się, że jeszcze zostało nam kilka miejsc/miast, które potraktują nas chaotyczną, iście turystyczną atmosferą… ale czyż to właśnie nie sprawia, że spokojne zakątki smakują lepiej ? ;)

  7. Kwiecień 13, 2011 o godz. 3:46 pm, YLK pisze:

    Spokojne zakatki smakuja zawsze swietnie, jak sie opusci Szanghaj…:)

Zostaw komentarz