Terakotowe święta

To był trip inny niż wszystkie, ulegliśmy lokalnemu turystycznemu trendowi czyli wycieczce zaplanowanej z góry na dół, z transportem, hotelami, przewodnikiem i… proporczykiem.

Jak ja nie trawie proporczyków na kiju, zwłaszcza tych żółtych, które po osobistych doświadczeniach symbolizują zaprzeczenie kwintesencji turystyki. Do dziś na widok tego „bata” na turystyczne owieczki w mojej głowie rozbrzmiewa okrzyk egipskiego opiekuna: „select touuuuurssss!!!”

Nie powiem, nie martwić się o nic to spory luksus. Zwłaszcza, że całość została zorganizowana przez koleżanki Chuck’a z Grouponowymi zniżkami na noclegi i atrakcjami uszytymi pod wymagania grupy skrzykniętej specjalnie na tą okazję.

Nieświadomi napiętego grafiku nastawiliśmy się głównie na wizytę w Muzeum Armii Terakotowej, którą po tak długim pobycie w Chinach nie wypadało pominąć. Jeśli jeszcze się nie zorientowałeś wybraliśmy się na Święta Wielkanocne do Xian.

Jedni mówią, że być w Chinach i nie odwiedzić Xian to tak jakby nie być w Chinach wogóle. Inni zaś, zwłaszcza ekspaci, których podpytywałem odczuli spore rozczarowanie zwłaszcza stając twarzą w twarz przed ośmio tysięczną armią pierwszego cesarza Chin, Qin Shi. Przyznam, że poczułem to samo.

Pierwotnie figury były pomalowane, jednak kolor zaczął zanikać po wydobyciu ich na powierzchnię w 1974. Każda postać różni szczegółami na twarzy, zbroją, pozycją czy fryzurą. Bacząc na ich ilość taki widok musi robić wrażenie, a jednak czegoś brakuje, czegoś w formie prezentacji.

Odległość od eksponatów jest znaczna, krok do przodu równa się z dodatkową, wysoką opłatą tylko po to by wykonać zdjęcie nieco bliżej. Osobiście nie miał bym nić przeciwko stąpaniu po szkle w wyznaczonych korytach, zakładaniu specjalnego kombinezonu czy byciu zwieszonym w klatce pod sufitem tylko po to aby doświadczyć z bliska tego co wyjątkowe i niesamowite w dziele określanym mianem ósmego cudu świata. To chyba to czego zabrakło… ładnego opakowania.

Opuszczając salę nr 2 przypomniała mi się historia niemca, który przebrany za terakotowego żołnierza, przeskoczył przez barierki i ustawił się w rzędzie z resztą glinianych figur wprowadzając spore porusznie wśród ochrony. Ten przynajmniej widział wszystko z bliska.

Na koniec angielskojęzyczna opiekunka muzeum, Lily (której nie zamawialiśmy) zarządała zapłaty i zniknęła w tłumie. Bywa i tak kiedy należysz do grupy z żółtym proporczykiem.

Zwiedzania samego miasta Xian w planach nie było, więc z perspektywy autobusowej szyby rzekłbym, iż sporo w nim wiaduktów i kładek dla pieszych, innymi słowy miasto bez specjalnego charakteru. Na szczeście znalazło się trochę czasu aby wieczorem odwiedzić słynne pagody Dzikich Gęsi oraz Wieżę Bębnów co nieco zmieniło moje zdanie o Xian. Dodaj do tego tradycyjne potrawy z prowincji Shaanxi, jazdę moto-rikszą pod prąd oraz nocne uliczne markety i wystarczy by miło wspominać miasto o 3tysięcznej historii, niegdyś stolicy podczas panowania 13stu dynastii.

Na trasie zahaczyliśmy również o Huaqing Hot Spring czyli miejscóweczkę cesarza Xuanzong i jego konkubiny Yang Guifei oraz kompleks z gorącymi źródłami gdzieś po środku niczego, gdzie pod chmurą można się pluskać do drugiej rano.

Nie sposób wszystkiego opisać kiedy żółty bacik napędza rytm… resztę zostawiam na zdjęciach.

Napisane przez:

komentarzy 6 do “Terakotowe święta”

  1. Kwiecień 28, 2011 o godz. 7:17 pm, Jarr pisze:

    hehe, wracam na pozycję lidera.

    Select Touurs będę pamiętał do końca życia, a eksponaty za szybą jak żywo przypominają Muzeum Kairskie ;)

  2. Kwiecień 29, 2011 o godz. 1:59 am, sis pisze:

    faktycznie ta hala słabo prezentuje ten cud świata…za to reszta zdjęć super,tylko czemu nie ma zdjęcia żółtego proporczyka ? ;) a na widok mojego ulubionego lotosu znów pociekła mi ślinka :))))) i o co chodziło z ta jazdą po prąd?

  3. Kwiecień 30, 2011 o godz. 2:16 am, Mirek pisze:

    tych wojakow to powinni prezentowac w jakiejs fajnej duzej jaskini,z dobrym,ciekawym oswietleniem,
    (bo prad to w calych chinach chyba darmowy)
    bylby zupelnie inny efekt niz w tej hali.
    a co do zarcia…. zrobiles mi apetyt :-)

  4. Kwiecień 30, 2011 o godz. 12:04 pm, YLK pisze:

    Terakotowa armie zaliczalem juz dobre kilkanascie razy i wciaz z rozrzewnieniem wspominam pierwszy raz w 1992 roku, kiedy nie bylo jeszcze melexow, wielkiego parkingu i sklepikow przy wyjsciu, a autobus podjezdzal pod samo wejscie…
    Jesli nie byliscie na nocnym markecie w dzielnicy muzulmanskiej, to musicie jeszcze raz pojechac do Xi’anu. I koniecznie odwiedzcie muzeum historyczne prowincji Shaanxi, jest tego warte i zupelnie inaczej odbiera sie pozniej zabytki tego rejonu.
    A Yangrou Paomo (rosol z baranina, do ktorego samemu wkrusza sie kawalki placka) jedliscie?

  5. Kwiecień 30, 2011 o godz. 12:13 pm, kriss pisze:

    @Jarr: prawda, Select Tours forever! ;)
    @sis: na żółty proporczyk polowałem, tzn w pewnej chwili mogłem dzierżyć berło, ale na fotkach nie mam. Jazda pod prąd… nie wiem, to chyba normalne, bliżej było :)
    @Mirek: hala stoi nad pierwotnym miejscem wykopków. na fotce 3624 widać nawet po prawej studnię, od której wszystko się zaczęło, a jeden z żyjących farmerów, odkrywców siedzi w muzeum jako celebryta i rozdaje autografy :)
    Co do prądu chodzą głosy, że może być letnie ścinka w dostawie bo pobór przekracza wszelkie normy. Swoją drogą przy tylu klimatyzatorach wcale się nie dziwie :/

  6. Kwiecień 30, 2011 o godz. 12:22 pm, kriss pisze:

    @YLK: Yangrou Paomo… jasne :) i to w iście autentycznej wiosce, koło elektrowni u podnóża gór.
    Do dzielnicy muzułmańskiej wybraliśmy się ostatniego wieczoru przed północą, ale ze względu na lekką kontuzję kolana spacer trzeba było niestety odpuścić. Tego dnia zeszliśmy ze szczytów Huashan, ciężko było. Wkrótce i o tym ;)

Zostaw komentarz