Chwil kilka w Hong Kongu

Trzeci odwyk… umysłowe SPA. Prawdziwie cytrynowe napoje, słowa „dziękuję”, „przepraszam” na porządku dziennym, pieczywo i fakt, że na ulicy nie doświadczysz plucia i charkania. Może to pretensjonalne, ale kiedy suniesz dwuśladem wśród rowerzystów i skuterzystów plujących na boki zrozumiesz jakim refleksem trzeba się wykazać podczas codziennej trasy do pracy. Kiedyś przyjdzie mi to opisać, w momencie zwątpienia, zapewne po kolejnym wypadzie do bardziej wychowanego miejsca.

Tymczasem Hong Kong rośnie, nowe budynki wypełniają plomby, a maszyny wyją w ukropie. Jedno z wielu azjatyckich serc z bypassami. Uwielbiam to miejsce w małych dawkach, za tramwaje wodne, za produkty na półkach, za mieszankę ludzi, za uporządkowany chaos, za to że trawa jest bardziej zielona gdzie nas nie ma.

Wybraliśmy się na wyspę Lantau do wioski rybackiej Tai O gdzie powietrze pachnie mułem, ryby patroszone są na żywca, a chińskie białe delfiny elektryzują przyjezdnych turystów. Równie dobrze mogłby być to delfiny zwykłego koloru, z tym że szalone bo jakie normalne zwierze będzie się kręcić wśród dziesiątek silników motorowych i poszukiwaczy „albinosów”. Szalonego delfina to bym chętnie zobaczył.

Tai O było niegdyś punktem przerzutowym dla Chińczyków uciekających z lądu. Teraz jest namiastką dawnej wioski z rybacką tradycją. Mimo turystycznego charakteru nadal można znaleźć trochę ciszy między uliczkami z ciasno ułożonymi barakami i domostwami garstki mieszkańców. Niekrótką trasę do wioski pokonaliśmy metrem, tramwajem wodnym i autobusem. W drodze mijaliśmy kilka ciekawych plaż, sięgaliśmy szczytów górskich, prawie rozjechaliśmy woła na ulicy. To klimat, który dalece odstaje od szablonowego pojęcia o Hong Kongu. Aby zachować naturalny balans muszą być miejsca gdzie tętno bije wolniejszym rytmem i nie wszystko ma zapach świeżo drukowanych banknotów. Mimo to lokalesi rżnęli nas na cenach wody do picia jak się dało, ale warto no i wyjścia nie ma kiedy słońce w zenicie.

Jak to w naturze bywa tak też turysta musi zachować jakiś balans, dodać kontrastu, nasączyć i pomieszać wrażenia. Na Lan Kwai Fong mieszania nie polecam, ale czasem inaczej sie nie da, zwłaszcza gdy barman stawia. SPA zaliczone, do następnego roku!

Napisane przez:

komentarze 4 do “Chwil kilka w Hong Kongu”

  1. Lipiec 29, 2011 o godz. 3:14 pm, Kriss pisze:

    Co do zdjęcia pań w kartonach sam sie zastanawiam. Są to filipinki pracujące w Hong Kongu. Aby rozwinąć temat musiałbym poświęcić cały wpis, a nie wiem wystarczająco dużo aby zajmować stanowisko. Powiem jedno: w niedziele okupują centrum po stronie wyspy i najwidoczniej nie jest to jednorazowa akcja.

  2. Lipiec 29, 2011 o godz. 9:22 pm, Jarr pisze:

    Na Waszym miejscu spędzałbym w HK każdy weekend i nie tylko z powodu plucia i charkania ;)

  3. Lipiec 30, 2011 o godz. 4:32 am, sis pisze:

    a dla mnie niesamowite jest to że za każdą wizytą potrafisz opowiedzieć nam coś nowego,niezwykłego…

  4. Lipiec 31, 2011 o godz. 9:32 am, kriss pisze:

    @Jarr: pijesz do barmana? w każdy weekend by się przejadło, przyjemności trzeba sobie dawkować ;-)
    @sis: bo na szczęście jeszcze jest kilka punkcików na mapie HK do wynotowania ;-)

Zostaw komentarz