350km na północny zachód od Hanoi, 1600m n.p.m mieści się miasteczko otoczone pasmem gór, niegdyś zwanym Dachem Indochin. Ów mieścina przyciąga turystów głównie z jednego powodu… tarasy ryżowe w malowniczej dolinie. To właśnie był nasz cel i zarazem ostatni przystanek w krótkiej podróży po północnym Wietnamie.
Podróż pokonaliśmy nocnym pociągiem z kuszetką do Lao Cai. Stamtąd busem do celu. Hotel w Hanoi zorganizował transport, który jak się okazało był dwukrotnie droższy od ceny właściwej. Osoby zaangażowane w ten serwis robiły wszystko aby prawdziwej ceny nie poznać, ale to norma. Nasz współspacz z kabiny zapłacił jeszcze więcej, jak na brytyjczyka przystało :)
Dwudziestosześcio letni, masywny kucharz z Anglii wyruszył zdobywać Azję zainspirowany jednym z odcinków Top Gear. Turysta bez konkretnych celów i zaplanowanej trasy podróży. Mówił: „Jak skończy mi się kasa, zadzwonię do rodziców żeby kupili mi bilet powrotny”. Przynajmniej miał plan ewakuacji.
Trafiliśmy na okres deszczowy i gdyby nie wędrówka przez dolinę, wyjechalibyśmy w przekonaniu, że taka pogoda utrzymuje się w całej okolicy. Kilkadziesiąt metrów niżej istniał zupełnie inny świat, zalany promieniami słońca.
Sapa to idealne miejsce dla amatorów górskich wędrówek o ile akceptujesz potyczki handlowe z lokalną mniejszością. Przewodniki zalecają choćby minimalne wsparcie, chociaż „ręcznie” robione pamiątki (jak wszędzie) pochodzą z Chin, albo przynajmniej z taśmy produkcyjnej. Jeden zakup wzmaga agresję i uporczywość pozostałych sprzedawczyń, które pragną wcisnać Ci to samo tylko za połowę ceny :)
Sapa ma ciekawy klimat z różnorodną kuchnią i niesamowitymi górskimi widokam. Spośród trzech wizytowanych punktów, Sapa to mój faworyt mimo kaloszy i na prędce kupowanych kurtek przeciwdeszczowych. Ugoszczeni mooncake’ami przez rodzinę prowadzącą hotel wyjeżdżaliśmy w pełni usatysfakcjonowani do czasu aż…
…spotkaliśmy w pociągu/kabinie tego samego zagubionego kucharza. Amator wietnamskiej przygody nie miał ze sobą nic na przebranie od momentu kiedy opuścił Hanoi. To była najdłuższa, nieprzespana noc w moim życiu. Dziś na jej wspomnienie maluje mi się uśmiech na twarzy mimo, że kwaśny aromat tej podróży jestem w stanie przywołać w każdej chwili. Myślę, że nie tylko ja taką umiejętność posiadłem.
Tym miłym akcentem zamykam rozdział zwany Wietnam i przy okazji życzę wszystkim Wesołych Świąt!!!


Komentarze: 7 do “W kaloszach przez Dolinę Sapa”
Zostaw komentarz