Za murami Pingyao

– Czemu jeszcze stoimy? – zapytałem taksówkarza, który zlitował się nade mną i przyjął stawkę za kurs do Pingyao.
– Czekamy na resztę pasażerów – odpowiedział.
– Jakich pasażerów?!? Przecież z tyłu już siedzi jakaś dwójka…
Weszło jeszcze troje i auto ruszyło w trasę z siedmioosobowym balastem.
– Nie zapłacę tyle skoro jedziemy w siódemkę!
Kierowca dał po hamulcach. Sytuacja właściwie patowa biorąc pod uwagę miejsce postoju, wiec aby zachować twarz i dach nad głową burknąłem – jedziemy, dogadamy się!
– My też tyle płacimy – odezwał się głos z tyłu. – Z tym, że my wynajęliśmy tą taksówkę na cały dzień.
Chwila ciszy…
– To co ja robię w tej taksówce skoro ją wynajęliście? – spytałem piątkę ściśniętych z tyłu studentów z Pekinu.
– Podróż z obcokrajowcem jest ciekawsza – odparli.

Atmosfera się poluzowała, kierowca skoczył do sklepu po przekąski i tak toczyliśmy się do miasta. Zabrali mnie na degustacje wędzonej wołowiny, później na tradycyjny makaron tego regionu (z piwem w misce).

Kiedy dotarliśmy, studenci ruszyli ze mną do hotelu już za murami starego miasta licząc, że znajdą coś dla siebie. Jak się okazało nawet tym co posiadali rezerwację zabrakło schronienia. Pokoi brak, czterdzieści minut dyskusji z biurem obsługi w Tajlandii i transfer do pensjonatu bliżej centrum. Były przeprosiny, podniesiony standard pokoju, ale i tam napotkałem to samo… brak pokoi i czterdzieści minut z uchem w Tajlandii. Robiło się ciemniej a wolnych łóżek w okolicy brak. Wreszcie zlitowano się nade mną w pensjonacie i dostałem pokój przeznaczony dla pracowników. Moja radość kontra kwaśny grymas lokatorki, którą czekała przeprowadzka. Następnego dnia zaszedłem na śniadanie do hostelu po drugiej stronie miasta, gdzie zapytano mnie o miejsce noclegu. Padła moja odpowiedź i usłyszałem – aaa to Ty, wczoraj telefony po całym starym mieście rozdzwoniły się aby znaleźć Tobie nocleg. Smacznego!

Jeszcze dzień wcześniej wyszedłem o zmroku by posłuchać Dylana w Cozy Bar, zjeść kolacje i napić się baijiu ze studentami. Tej nocy zasypiałem błogo przy tradycyjnych dźwiękach dochodzących z powoli gasnącej ulicy.

Kolejny dzień rozpocząłem w kompletnej ciemności o 5 rano. Generatory jeszcze nie zasilały prądem okolicy, wiec bez pomocy wyświetlacza w telefonie nie trafiłbym nawet do łazienki. Liczyłem na spacer po murach o wschodzie słońca, lecz takie atrakcje tylko od godziny ósmej i to z biletem. Wielka machina turystyczna działa według podobnego schematu bez względu na lokalizacje. Jeśli chcesz ją ominąć, wybierz własny szlak i wstawaj wcześniej od słońca.

Budzące się Pingyao ma niesamowity charakter. Pozbawione turystów na ulicach nasiąka klimatem, którego przybysze oczekują od Chin. Starszyzna na rowerach, krzątający się sklepikarze i jeszcze nie rozgrzane woki.

Od czasu do czasu taka samotna podróż daje niepowtarzalną szanse uwierzyć w gościnność i otwartość gospodarzy. Porównując z egoistycznym i rozpędzonym Szanghajem doświadczenie z Pingyao zadziałało jak miętówka po zielonej herbacie.

Dostałem czego chciałem a obrazki mówią same za siebie.

Napisane przez:

komentarzy 7 do “Za murami Pingyao”

  1. Maj 8, 2012 o godz. 3:48 pm, Jarr pisze:

    W przyszłym numerze National Geografic będziesz miał już swoje strony, zaraz do nich napiszę ;)

  2. Maj 8, 2012 o godz. 5:09 pm, Kriss pisze:

    i okładkę?

  3. Maj 9, 2012 o godz. 4:47 am, Ilona pisze:

    Ależ klimatyczny ten film.Takie zabudowania jak opisywane w starych książkach,ludzie na paru zdjęciach jak z epoki Przewodniczącego Mao.Extra.Mam pytanie czy ten człowiek na szóstym zdjęciu robi makaron czy karmelki?Pozdrawiam Noneczka

  4. Maj 9, 2012 o godz. 5:03 am, Ilona pisze:

    Tak się przejęłam tym filmem,że zapomniałam napisać,że uśmiałam się do łez, czytając początkowy fragment o taksówkowej podróży.Moje nie odkrywcze zapewne spostrzeżenie jest następujące ,że brać studencka na całym świecie podobna jest i gdzie może szuka atrakcji np.w postaci własnego cudzoziemca zwabionego do taxi.To jeszcze raz ja N…

  5. Maj 9, 2012 o godz. 11:00 am, Kriss pisze:

    Człowieczek kręci karmel na haku :) Końcowego efektu nie widziałem, ale chyba nie będą z tego karmelki :D
    Student to student, ścisk mu nie przeszkadza i baijiu też :) Ciekawe jest to, że oni też poznali się w tej podróży i zrzucili na wspólną taksówkę.

  6. Maj 9, 2012 o godz. 12:55 pm, YLK pisze:

    Jak zwykle swietny wpis, cieszy, ze udalo Ci sie odnalezc takie Pingyao, jakiego pragnela Twoja dusza…:) Bylem w Pingyao 2 razy, pierwszy w 1997, potem jeszcze w 1999. Za pierwszym razem jeszcze nie bylo biletow gdziekolwiek, na mur wchodzilo sie z ulicy, pamietam, jak do nas zza krat machali raczkami pensjonariusze zakladu karnego – przypuszczam, ze teraz juz go tam nie ma. W swiatyni konfucjanskiej byla szkola, a przez ulice miasteczka szly sznury drewnianych wozow zaprzezonych w muly, ciagnace wegiel, a polnadzy, spoceni woznicowie czarni od weglowego pylu i z recznikami na glowach w chmurach kurzu smagali muly batami…

  7. Maj 9, 2012 o godz. 2:33 pm, Kriss pisze:

    O zbliżeniu się do Twoich doświadczeń sprzed y2k nawet nie śnie. Tamten obraz Chin już chyba nie istnieje, przynajmniej nie w tych miejscach, które chciałbym odwiedzić. Dostałem co chciałem, ale tylko miedzy 5 a 8 rano :) Teraz nawet biletu na sam mur nie dostaniesz, musisz zapłacić za pełen pakiet 120rmb za mur i wszystkie „zamknięte” atrakcje w mieście (w tym świątynie). Pozdrawiam ;)

Zostaw komentarz